Wyszukiwarka

Aviateam.pl na Facebook

Ucieczka z "Gniazda Orląt"

Kategoria: Powojenne polskie niebo Utworzony: 2015-08-18 Autor: Kirschenstein Krzysztof

Rok 1956 przyniósł w naszym kraju wiele historycznych wydarzeń, ale też wiele problemów w WL i OPOK. Odnotowano kolejne przypadki dezercji personelu latającego z wykorzystaniem samolotów wojskowych. Zdarzenie, które warto przybliżyć na łamach naszego portalu, miało miejsce w nocy z 27 na 28 lipca 1956 roku, w 6. Eskadrze Samolotów Szkolnych bazujących w Ułężu i wchodzącej w skład Oficerskiej Szkoły Lotniczej nr 4 w Dęblinie. Plan ucieczki, jaki zaplanowali sobie wtedy młodzi podchorążowie, a którzy w tym czasie zdecydowali się na desperacką ucieczkę, mimo że nie ukończyli jeszcze szkolenia, mógłby dziś z pewnością posłużyć za wyśmienity scenariusz do filmu.

Owego dnia dla uzupełnienia składu warty na lotnisku polowym w Ułężu zgłosiło się ochotniczo kilku podchorążych ze stacjonującej tam eskadry szkolenia podstawowego na samolotach szkolno-treningowych Jak-18. O godzinie 23:00 jeden z kaprali podchorążych rozprowadził zmianę warty. Na posterunkach przy stoisku samolotów i magazynie paliw lotniczych służbę wartowniczą objęli podchorążowie: Lech Szachogluchowicz, Eugeniusz Dębski i Karol Kruk. Wkrótce po powrocie na wartownię kpr. podchorąży Bogdan Biskupski zameldował dowódcy warty, że wychodzi skontrolować posterunki.

O godz. 1 w nocy przyszła pora na kolejną zmianę warty. Dowódca warty osobiście wyprowadził zmianę. Ku przerażającemu zdziwieniu okazało się, że na "podchorążackich" posterunkach nie było wartowników, jak też nigdzie nie spotkano rozprowadzającego Biskupskiego. Po chwili prawdziwym szokiem było odkrycie, że brakuje jednego samolotu, a w miejscu, gdzie on stał, leżały zdjęte z silnika pokrowce i dwa pistolety maszynowe bez magazynków. Zaalarmowany oficer inspekcyjny garnizonu niezwłocznie powiadomił dowódcę eskadry, który po przybyciu doliczył się braku nie jednego, a dwóch samolotów. Stało się jasne, że czterech podchorążych uprowadziło dwa samoloty Jak-18. Dokąd poleciały "młode orły", które zaledwie co wzleciały samodzielnie w powietrze?

Samoloty Jak-18 były typowymi maszynami szkolnymi o niewielkiej prędkości i małym zasięgu, a ucieczka z centralnie położonego lotniska w Polsce była niemal z góry skazana na niepowodzenie, gdyż młodzi i niedoświadczeni jeszcze piloci nie mieli żadnego praktycznego doświadczenia w lotach po trasie, zwłaszcza w nocy. Dowódca eskadry natychmiast zameldował o tym komendantowi Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie, a ten z kolei złożył stosowny meldunek dowódcy Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej Kraju, którym był wówczas generał płk pil. Iwan Turkiel. W tym momencie zostały natychmiast uruchomione cała machina alarmowa oraz przewidziana procedura postępowania w nadzwyczajnych przypadkach naruszenia lub zakłócenia obszaru powietrznego kraju.

Jak się później okazało, cały ten alarm był już przysłowiową "musztardą po obiedzie". Nastąpiło to bowiem dopiero około dwóch godzin po wystartowaniu samolotów z lotniska w Ułężu. Leszek Szachogluchowicz, Eugeniusz Dęmbski, Bogdan Biskupski i Karol Kruk po starcie skierowali swoje samoloty na południe z zamiarem wylądowania na terytorium Austrii. Warunki atmosferyczne tego dnia im sprzyjały, była pełnia księżyca. Lecieli wzdłuż dobrze widocznej, odbijającej światła Wisły, w parze, na bardzo małej wysokości - poniżej pola radiolokacyjnego. Gdy ogłaszano alarm, samoloty Jak-18 znajdowały się już poza granicami kraju. 0 godz. 3 nad ranem, gdy już świtało, na lotnisko polowe w Ułężu przyleciał komendant szkoły, a wkrótce po nim gen. Iwan Turkiel w towarzystwie nieznanego, radzieckiego generała. Mieli oni już złożony jasny i czytelny meldunek, że jakieś samoloty z Polski przeleciały przez Czechosłowację na małej wysokości do Austrii.

Po tej horrendalnej informacji rozszalało się prawdziwe piekło. Iwan Turkiel wpadł w szał nie do opisania. Pienił się, krzyczał, posyłał "wiązanki" okrutnych przekleństw i wyzwisk, nikogo przy tym nie oszczędzając. Groził nawet sądem za brak dyscypliny, brak czujności, a nade wszystko za zaniedbania w "socjalistycznym wychowaniu kursantów", jak nazywano wówczas podchorążych. Powiedział wtedy "Co z tego, że macie dobre wyniki w szkoleniu (z okazji 22 lipca eskadra z Ułęża zdobyła 1 miejsce i proporczyk najlepszej eskadry w szkole), jeśli nie wiecie, kogo szkolicie - szkolicie wrogów" - grzmiał Turkiel.

Wyczyn czterech podchorążych z Dęblina był rzeczywiście niezwykły i zasłużył na najwyższą ocenę pod względem pilotażowym. Był to ich pierwszy lot po trasie, w dodatku nocą, bez łączności i jakiejkolwiek pomocy radionawigacyjnej. Jak wykazało przeprowadzone dochodzenie, wymienieni na wstępie podchorążowie - wartownicy, po przybyciu kolegi rozprowadzającego wyciągnęli dwa samoloty Jak-18 na skraj lotniska i ustawili je do startu. Na każdy samolot zabrali po jednym pistolecie maszynowym z dwoma magazynkami. Mieli też prawdopodobnie mapy lotnicze i jakiś prowiant. Wystartowali krótko po północy bez jakichkolwiek świateł. Nikt tego startu nie zauważył i nawet nie słyszał, gdyż warkot samolotów zlewał się z łomotem młockarni pracującej i warkotem traktora wykonującym podorywki na polach Ułęża. Wszystko właściwie im sprzyjało. Była spokojna, bardzo widna, letnia noc. Startując na południe, szybko znaleźli się nad Wisłą, która srebrząc się w poświacie księżyca, stanowiła niezawodny, liniowy obiekt orientacyjny wskazujący kierunek na południe. Lecieli parą na bardzo małej wysokości, poniżej zasięgu wykrywania stacji radiolokacyjnej. Granice Polski przelecieli "Bramą Morawską", kierując się na dobrze widoczny nocą punkt orientacyjny - Bratysławę. Byli tam prawdopodobnie zauważeni, co wynikało z informacji przekazanych przez czechosłowacki system obrony powietrznej. Było już jednak za późno, aby ktoś mógł przerwać im dalszy lot ku wolności. Przeskoczyli granice austriacką i prowadzący wkrótce wylądował Jakiem-18 o numerze bocznym 5 na lotnisku pod Wiedniem, a prowadzony - podchorąży Leszek Szachogluchowicz i Eugeniusz Dęmbski po wyczerpaniu paliwa zmuszeni byli przymusowo lądować swoim Jakiem-18 o numerze bocznym 0 w lesie, w miejscowości Kirchberg am Wechsel w Austrii. Wszyscy cali i zdrowi osiągnęli swój cel. Samolot numer 5 wrócił do Ułęża po około 2 tygodniach, a samolot o numerze 0 powrócił do jednostki transportem kolejowym. Poddany naprawie po niedługim czasie skierowany został do dalszej eksploatacji w powietrzu.

To niezwykłe wydarzenie nigdy nie wyszło właściwie poza dęblińską szkołę. Najbardziej odczuli je ci, których obciążono odpowiedzialnością za tę ucieczkę. Miedzy innymi odwołany został dowódca eskadry, zastępca komendanta szkoły do spraw ogólnowojskowych, a ośmiu najbliższych kolegów wydalono ze szkoły. "Dezerterzy" w zaocznym procesie zostali skazani "za zdradę ojczyzny" na 10 i 15 lat więzienia. Rodzi się pytanie, czym kierowali się ci młodzi podchorążowie, podobnie zresztą, jak wcześniej inni niewiele starsi od nich koledzy piloci?.

Jak dziś, z perspektywy czasu należy ocenić ich czyny? Ci młodzi podchorążowie na pewno nie byli agentami obcego wywiadu, gdyż ówczesne procesy im tego nie wykazały; uciekli z własnej i nieprzymuszonej woli, gdyż w jednostce, w której służyli, nie byli "spaleni" i nic im nie groziło. Z własnego wyboru podjęli wielce niebezpieczne ryzyko i nikt im w tej ucieczce nie pomagał. W swych ucieczkach wyrazili oni po prostu protest przeciwko temu, co się wówczas działo w Polsce. A były to, jak wiemy, lata terroru stalinowskiego, który z całą ostrością dał się we znaki w wojsku. Ucieczka podchorążych dęblińskiej szkoły lotniczej nastąpiła w okresie, kiedy zaledwie przed miesiącem krwawe wydarzenia "Poznańskiego Czerwca" uświadomiły społeczeństwu, że widmo okresu stalinowskiego jest jeszcze ciągle żywe, a "każda ręka podniesiona przeciwko władzy ludowej będzie odrąbana". Ta właśnie świadomość istniejącego nadal zagrożenia wolności, przy jednoczesnym opanowaniu najwyższych stanowisk dowódczych w Wojsku Polskim przez oficerów Armii Czerwonej (marsz. Rokosowskiego, gen. Turkiela oraz innych "dowódców" i "doradców") zrodziła niepokój i bunt tych młodych podchorążych lotnictwa. Mało jeszcze wiem, jak potoczyły się dalsze losy tych młodych, zbuntowanych podchorążych i oficerów lotnictwa, a także innych poprzedników. Nie wiemy, gdzie później żyli, co porabiali i czy w kiedyś może odwiedzali w skrytości swoją ojczyznę. Wiemy natomiast, że wszyscy oni byli żołnierzami Wojska Polskiego i składali wymaganą wówczas przysięgę wojskową, której później, w rożnym czasie i z rożnych pobudek nie dotrzymali, opuszczając samowolnie jednostkę wojskową, w której służyli.

Ucieczki w LWP były od początku; do takich spektakularnych ucieczek wśród pilotów naszego lotnictwa wojskowego zaliczali się bez wątpienia: mjr pil. Tadeusz Siewierski, ppor. Arkadiusz Korobczyński, ppor. Edward Pytko, ppor. Franciszek Jaźwiński, ppor. Franciszek Jarecki czy por. Zygmunt Gościniak. Warto przy okazji wspomnieć, że w tym czasie uciekali również Niemcy, Czesi, a nawet sami Rosjanie. Jak widać, polscy żołnierze nie byli osamotnieni...

                                                                                                                           c.d.n.

Krzysztof Kirschenstein

zdjęcia z archiwum autora


53
12