W codziennym naszym życiu nie odczuwamy wartości sekundy. Mijają one przecież cały czas bez zwracania na nie uwagi aż do momentu, gdy człowiek znajdzie się w niebezpieczeństwie. Wtedy każda sekunda jest dla nas niezwykle cenna, bo może decydować o życiu człowieka. Pewnego pięknego, czerwcowego dnia w jednej z morskich jednostek lotniczych załoga samolotu bombowego, wylatując na zadanie, nie myślała, że czas mierzony ściśle, przeliczany na przebyte kilometry i kolejne zadania, teraz nabierze zupełnie innego znaczenia i będzie kojarzony z najważniejszymi momentami w ludzkim życiu. Nikt tego dnia z załogi nie zastanawiał się jednak, jaką wartość może mieć teraz dla nich sekunda...
Jest
15 czerwca 1966 roku. 15 SELR miała zaplanowane loty popołudniowe,
zaś 30 PLSz M
W wykonywał już loty dzienne w wariancie ZWA.
Obowiązki inżyniera 15 eskadry tego dnia pełnił kpt. Tadeusz
Dębowczyk, zaś kierownikiem lotów był kmdr ppor. pil. Edmund
Jałocha, któremu w defiladzie w czerwcu 1960 roku z okazji XV-
lecia Marynarki Wojennej powierzono prowadzenie ugrupowania szyku
romb na samolotach Ił-28. Jednym z zadań, jakie były postawione na 15 czerwca 1966 roku dla pilotów 15 SELR, było wykonywanie
lotów z rękawem strzeleckim dla potrzeb artylerii okrętowej.
Pogoda tego dnia dopisywała od samego rana - było bezchmurne niebo i ponad 25 stopni. Po zapoznaniu się z zadaniami i warunkami
meteo jako pierwsza załoga tego dnia, która rozpoczynała loty, był zespół w składzie: dowódca załogi kmdr ppor. pil.
Bogusław Budzyński, kpt. nawigator Kazimierz Borawski oraz bosman
strzelec-radiotelegrafista Jerzy Raj. Po przyjęciu od techników
samolotu Ił-28 o nr burtowym 8 jego załoga przystąpiła do
wykonywania powierzonego im zadania.
Nastąpiły uruchomienie silników oraz
kołowanie i start, o godz. 14.36 z kursem
zachodnim. Po nabraniu wysokości około 700 metrów załoga samolotu
Ił-28 skierowała się z powrotem na lotnisko, aby pod okiem
kierownika lotów przeprowadzić wypuszczenie rękawa. Dowódca załogi
kmdr ppor. pil Bogusław Budzyński wypuścił klapy pod skrzydłami
w celu zredukowania szybkości, która zmalała w tym momencie do
około 320 km/h. W tym czasie pilot polecił nawigatorowi, aby
otworzył bomboluk, a strzelec rozpoczął wypuszczanie rękawa. Po
chwili poczuli lekkie szarpnięcie samolotem, które spowodowane było
napełnieniem się rękawa powietrzem. W tym momencie
Bogusław Budzyński odczuł, że jego samolot zaczyna
zwalniać; cichł nagle szum silników, a samolot zaczął jakby
hamować. W słuchawkach usłyszał głos kierownika lotów, który z
ziemi zauważył szarą smugę dymu wydobywającego się z komory
bombowej: "Palisz się! Gaś samolot!"
W tym momencie również do dowódcy
krzyknął bosman Raj, widząc wąską smugę dymu. Starał się przyhamować rozwijającą się
linę, ale paliwo zalało już bęben, poślizg nie pozwalał na
hamowanie. Ppor. pil. Budzyński, będąc już na
wysokości 600 metrów, nakazał natychmiast zrzucić rękaw, co w
niczym nie uchroniło jego załogi przed dalszymi problemami. Zaniepokojenie tym faktem pozostałych
członków załogi rosło z sekundy na sekundę, gdyż nie sądzili, że
naraz mogą zamilknąć oba silniki. W tym momencie silniki pracowały
już jedynie napędzane falami powietrza i siłą bezwładu. KL
polecił katapultowanie dla załogi samolotu Ił-28: "Załoga
katapultować się, opusz
czać samolot! To jest rozkaz!" Kmdr ppor.
pil. Bogusław Budzyński zameldował, że zdecyduje się na
przymusowe lądowanie, gdyż wiedział doskonale, że życiu jego jak
na razie nie zagraża niebezpieczeństwo. Ale co z kolegami? Nawigator
nie siedzi na katapulcie, lecz przy stoliku nawigacyjnym, nie jest
przypięty. Tak samo strzelec, który w tym momencie nie ma żadnych
szans. Musiałby skakać systemem klasycznym, a to z kolei na tej
wysokości nie wchodziło w ogóle w rachubę. Dowódca postanowił
dzielić los załogi.
Kierownik lotów przypomniał, by zamknęli
bomboluki, zawsze to zmniejsza hamowanie. Pilot oddał stery od
siebie i samolot posłusznie wykonał lekki zwrot w stronę lotniska,
zachodząc od północy w poprzek lotniska. Kmdr Budzyński mocno
trzymał stery, samolot sunął coraz niżej. KL, obserwując to
wszystko, miał obawę, czy ich samolot przejdzie nad lasem
przylegającym do lotniska. Kmdr ppor Edmund Jałocha zachowywał jak
zawsze zimną krew. Wiedział, że tylko spokojnym głosem,
nieokazywaniem lęku może podtrzymać pilota na duchu. W jego rękach
teraz spoczywało życie całej załogi. Kmdr Budzyński zdawał
sobie sprawę, że musi to lądowanie przeprowadzić bardzo
precyzyjnie, bez najmniejszego błędu zachodząc z wypuszczonymi
klapami pod kątem 65 stopni do osi drogi startowej. W odległości
około 200 metrów od stoiska samolotów, nad którymi przeleciał,
zdał sobie sprawę, że przy lądowaniu bez podwozia w wyniku
tarcia może wybuchnąć pożar. Zapowiedział więc załodze, że po
wylądowaniu natychmiast mają opuścić uszkodzoną maszynę. Samolot IŁ-28 o
nr burtowym 8 po zetknięciu się z ziemią i przemieszczaniu
się przez betonowy pas w jednej chwili zaczął się palić. W
wyniku silnego tarcia nastąpiło zerwanie luku kabiny strzelca,
który w wyniku uderzenia samolotu o ziemię został silnie
poturbowany, ale zachował przytomność umysłu i silnie trzymał
się za uchwyty po obu stronach kabiny. Jak się później okazało,
było to jego jedynym ratunkiem. Mocne tarcie zerwało podłogę.
Pękły pasy bezpieczeństwa i bosman Raj zawisł w powietrzu.
Samolot zatrzymał się 50 metrów za pasem, stając w płomieniach,
które coraz bardziej się rozprzestrzeniały. Pierwszy z samolotu
wyskoczył kmdr ppor. pil. Bogusław Budzyński, który zorientował
się szybko, że za nim nie ma nikogo. Zawrócił do
płonącego samolotu po swoich kolegów. Biegnąc do swojej maszyny,
zauważył wydobywającego się nawigatora z rozbitą głową , a od
strony ogona biegnącego i kulejącego strzelca. Od strony stojanki
nadbiegali już koledzy oraz personel techniczny wraz z lekarzem
jednostki ppor. mar. Stefanem Sekulą. Będąc już w bezpiecznej
odległości od swojego samolotu, mogli już tylko spoglądać na akcję jednostek straży po
żarnej, której mimo
ogromnych wysiłków nie udało się ugasić płonącego samolotu. Ten miał w zbiornikach prawie 7000 litrów paliwa oraz amunicję. Doszczętnie spłonął. Jeszcze tego samego dnia cała załoga
samolotu Ił-28 po niezbędnych badaniach wróciła do domu. Już po
czterech dniach nawigator Kazimierz Borawski znów poleciał nad
morze. Kmdr ppor. pil. Bogusław Budzyński swoją dalszą służbę
kontynuował po paru dniach, a strzelec-radiotelegrafista Jerzy Raj
po kilku tygodniach. Komisja badająca wypadek stwierdziła, co było
przyczyną awarii: "Od obracającego
się z dużą prędkością bębna z liną holowniczą oderwał się
okalający go pręt zabezpieczający prawidłowe rozwijanie. Odłamek
stalowego pręta siłą odrzutu uderzył w czułe miejsce samolotu,
przecinając jednocześnie dwie rurki doprowadzające paliwo do
silników, dlatego przestały one pracować".
Warto zaznaczyć, ze kmdr ppor. pil. Bogusław Budzyński został w specjalnym rozkazie wyróżniony przez dowódcę Marynarki Wojennej, zaś członkowie załogi otrzymali upominki. Po kilku miesiącach wiceadmirał Zdzisław Studziński za odważną i bohaterską postawę, dzięki której uratował życie kolegów i swoje, wręczył bohaterskiemu pilotowi Złoty Krzyż Zasługi przyznany przez Radę Państwa. Pilot otrzymał również tytuł najlepszego pilota lotnictwa morskiego.
Tekst Krzysztof Kirschenstein
Zdjęcia z archiwum kmdr pil. rez. Budzyńskiego, Mirosława Czaplickiego i autora



