Załoga
w składzie: d
owódca I eskadry kpt. pil. Józef Tomczyk wraz z
nawig. kpt. Januszem Próchniakiem oraz st. sierż. strzelec. ppor.
Filipczukiem wykonywała 1 września 1959 roku zadanie
wykonania lotu na rozpoznanie powietrzne z dużej wysokości (10000
metrów) jeziora Śniardwy na samolocie Ił-28R o nr burtowym 01
według ćw. nr 61. Pogoda tego dnia nie napawała latające załogi
optymizmem, dlatego przyjęto wariant "TWA". Zachmurzenie
pełne przy podstawie 200 metrów, widzialność 1000 metrów.
Grubość chmur nieznana, niewiadomy też kierunek wiatru na
wysokości. Warto zaznaczyć przy okazji, że w tych czasach
codziennie o godz. 6.00 w Legionowie był wypuszczany balon
meteorologiczny, którego wyposażenie określało dokładnie
podstawę górną i dolną chmur oraz kierunek i siłę wiatru na
poszczególnych wysokościach. W tym dniu
zakłócenia uniemożliwiły
otrzymanie tych danych, co niewątpliwie oznaczało, iż postawione
zadanie w/w. załodze będzie nieco trudniejsze. Załoga zajęła
miejsca w samolocie, dowódca załogi kpt. pil. Józef Tomczyk
zapuszczał silniki.
W tym czasie nawig. Janusz Próchniak kończył
obliczanie kursów i prędkości według wiatru na ziemi z
zastosowaniem standardowego przelicznika zmian kierunku i prędkości
w zależności od wysokości lotu. Po chwili podbiegł pod samolot
meteorolog i pukając do kabiny samolotu, podał na kartce od
nawigatora zapisane dane wiatru do wysokości 12000 metrów. Niestety
te przyniesione dane nie zgadzały się z obliczeniami nawigatora
Janusza Próchniaka; mimo tego ten przyjął je jako pewne. Dane
podawały wiatr czołowy, na północnym kierunku lotu i o dużej
prędkości (80km/godz). Na wysokościach średnich mogło wiać
nawet do 130 km/godz. Na wysokości 10000 metrów wydłużało to
według obliczeń nawigatora Janusza Próchniaka o 6 minut czas lotu
na pierwszym odcinku lotu do jeziora Śni
ardwy. Chmury tego dnia były
wyjątkowo gęste, a w kabinie załoga miała prawie ciemno. Górny
pułap chmur kształtował się na wysokości 8000 metrów. W
pierwszej części odcinka trasy załoga nie potrzebowała namiarów
pobranych od radiostacji lotnisk z Modlina czy Warszawy, aby określić
swoją pozycję. Nawigator Janusz Próchniak liczył, że wykorzysta
namiary od radiostacji prowadzącej dopiero na lotnisku Orneta.
W tym
czasie radiolokator pokładowy dawał obraz mało czytelny (teren na
północ od Warszawy był w tym czasie mało kontrastowy), dlatego
nawigator postanowił zrezygnować z niego, nie prowadząc
szczegółowej orientacji. Pod koniec lotu na tym odcinku okazało
się, że radiostacja w Ornecie nie pracuje. W tej sytuacji pozostało
szybkie określenie punktu skrętu według czasu lotu lub
radiolokatora pokładowego. Po chwili nawigator spostrzega przez
szybę rozrywy w chmurach, a pod nimi wodę i zarys brzegu. Załoga
wykonała zdjęcia, zmieniając kurs na zachodni w kierunku Piły. Po
kilku minutach lotu, kiedy chmury zniknęły, załoga spostrzegła,
że znajduje się nad morzem. W tym momencie widoczność była już
bardzo dobra. Załoga zobaczyła z lewej strony trasy Hel i
Trójmiasto, a powinna mieć je z prawej strony, przelatując nad
Kwidzynem. W tym momencie dowódca załogi kpt. pil. Tomczyk nie
zastanawia się ani chwili, dając maksymalną prędkość i kurs na
Sochaczew. Załoga samolotu Ił-28R wylądowała z minimalnym
opóźnieniem w czasie 1.51 godz. Po zakołowaniu i
wyłączeniu silników na załogę czekał już sam dowódca pułku
płk pil. Aleksander Milart z komunikatem informującym go przez
służby lotne o przekroczeniu jego załogi granicy państwowej nad
ZSRR. Dowódca załogi kpt. pil. Józef Tomczyk, zachowując spokój
i rozsądek, odparł błyskawicznie, że to niemożliwe, gdyż
właśnie wylądowali i żadnych uchybień w czasie lotu nie
zaobserwowali. 
Dowódca pułku sprawę zakończył szybko, meldując,
że nikt z jego załóg wykonujących loty nie mógł tego zrobić,
ponieważ wszystkie załogi są na lotnisku. W takich przypadkach od
razu były meldunki, dochodzenia, raporty i inne zawirowania.
Następnego dnia oficer rozpoznawczy zakomunikował nawigatorowi
Januszowi Próchniakowi, że stracił przez niego noc, ale za to
umiejscowił jego zdjęcie w rejonie Zatoki Ryskiej. Fakt jest taki,
że w wyniku pewnych splotów nawigator Janusz Próchniak na
pierwszym odcinku lotu miał faktycznie wiatr tylny, a obliczenia
zrobił dla wiatru czołowego, co dało już różnicę 10 minut i
wynikiem tego było to naruszenie granicy innego państwa. Metorolog podał mu kierunek wiatru nawigacyjny nie mówiąc mu o tym, wprowadzając go w błąd.
Ps. Dziękuję p. Januszowi Próchniakowi za pomoc w zrealizowaniu tego materiału.
Tekst
Krzysztof Kirschenstein
Zdjęcia z archiwum autora



