olocie szkolno-treningowym
Jak-9W nr burtowy W-2, który należał do 3. Klucza Lotniczego. Por. mar. pil. Lesław Węgrzynowski pilotował samolot z pierwszej kabiny, a por. mar. pil. Marian Piątek w drugiej kabinie był operatorem wypuszczenia w powietrzu rękawa i zrzucania go na lotnisku po wykonaniu zadania. Do wykonania zadania w czasie zarządzonego "alarmu" liczyła się każda sekunda. Nie mając wiele czasu na dokładny przegląd samolotu, obaj piloci po otrzymaniu potwierdzenia od technika 1 klucza por. Jerzego Aksamitowskiego, że samolot jest przygotowany do lotu i w pełni zatankowany paliwem, wskoczyli do kabin i w oznaczonym czasie wystartowali. Kierownikiem lotów tego dnia był sam dowódca 34. PLM MW kmdr ppor. pil. Bogdan Pałuczak. Start odbył się podczas świtania z kursem na morze. Pogoda tego dnia nie zapowiadała się najlepiej. Zamglenia oraz chmury ograniczały widoczność i utrudniały pilotom odnalezienie celu, co w efekcie przedłużało czas holowania rękawa i wykonywania strzelania. W dodatku poza planem w tym dniu nieoczekiwanie wykonywał jeszcze strzelanie sam Dowódca Dywizji Lotnictwa MW płk pil. Michał Grib. To spowodowało, że dodatkowo wydłużył się zaplanowany czas przebywania samolotu por. Węgrzynowskiego w strefie strzelania. Będący już w powietrzu piloci stwierdzili, że wcześniej kiedy spiesząc się z procedurami przedstartowymi jeszcze na lotnisku nie nastawili sobie na zegarku czasu startu.
Ta nie uwaga spowodowała, że nie mieli kontroli dokładnego sprawdzania czasu przebywania w powietrzu. Na domiar złego jeszcze paliwomierz okazał się niesprawny. Gdy tylko płk pil. Michał Grib wykonał strzelanie, piloci wyszli ze strefy i kontynuowali lot w kierunku lotniska Gdańsk-Wrzeszcz. Załoga poczciwego samolotu Jak-9W coraz bardziej obawiała się, aby z braku paliwa silnik nie przerwał pracy. By nie przedłużać emocjonującego już lotu, bez dodatkowego przelotu nad lotniskiem, rękaw zrzucili na granicy lotniska i ciasnym kręgiem w obrębie płyty podchodzili do lądowania z coraz to większymi obawami o stan paliwa. Niestety, tuż przed trzecim skrętem ich obawy potwierdziły się i silnik przestał pracować. Przed nimi były jedynie wzgórza pokryte lasem otaczające o tej porze malowniczy Gdańsk - Wrzeszcz oraz morze. Piloci, rozglądając się wkoło, nigdzie nie mogli dostrzec ani skrawka polany i miejsca, gdzie mogliby przymusowo wylądować. Jedyny ratunek, jaki im pozostał, to "dociągnąć" do lotniska, tymczasem do pasa lotniska było jeszcze daleko. Szybkość i wysokość samolotu gwałtownie malały. Piloci ostrożnie wykonali czwarty skręt i wypuścili podwozie bez wypuszczania klap.
Tego dnia pilotujący samolot Jak-9W por. mar. pil. Lesław Węgrzynowski przypomniał sobie słowa swojego rosyjskiego instruktora, że jedynym ratunkiem zlikwidowania przeszkody jest wypuszczenie klap. Z tą świadomością zbliżał się do gwałtownie rosnącego przed nim
mostu i słupów trakcyjnych linii kolejowej. Zerkając na
szybkościomierz, przeraził się małą prędkością, przy której
samolot powinien być już w korkociągu. Przed samym mostem pilot
wypuścili klapy. Ich samolot poderwał się gwałtownie i przeleciał
tuż nad przęsłami mostu. Ten manewr ich uratował. Podejmując
bezwolnie ryzyko kolizji, nie mając zresztą innego wyboru w tej
mało komfortowej sytuacji, piloci trzymali napięte do granic nerwy
na wodzy, zaś element rozsądku i zimna krew kolejny raz udowodniły,
że są jedyną szansą wyjścia z opresji. Przeskoczyli most, tory
oraz linię trakcji elektrycznej i na skraju lotniska samolot ich
bezwładnie spadł na ziemię. Za zaniedbanie śledzenia czasu lotu
por. mar. pil. Lesław Węgrzynowski otrzymał naganę, zaś za udany
lot bez pracującego silnika i lądowanie - pochwałę. Spora to
sprzeczność, jednak całkowicie adekwatna do sytuacji, jednakże
najważniejsze jest to, że dwaj piloci uratowali i siebie, i
maszynę. Komisja badająca wypadek stwierdziła, że najbardziej
zawinił technik samolotu, który nieświadomie wprowadził pilotów
w błąd, twierdząc, że samolot był w pełni zatankowany, co
okazało się nieprawdą. Tekst
Krzysztof Kirschenstein
Zdjęcia
z archiwum autora



