13
kwietnia 1989 roku podczas wykonywania dziennych lotów na
przebazowaniu 34. PLM OPK w Pieniężnicy o godz. 14:52
do kolejnego zadania - przechwycenia i atakowania grupy samolotów
bombowych - wystartował klucz samolotów MiG-21bis. Prowadził go
ppłk dypl. pil. Radosław Strulak z 2. KOPK, zaś prowad
zącym
drugiej pary był por. pil. Bogdan Gazarkiewicz. Ich cel znajdował
się gdzieś w przestrzeni. Po starcie parami odbyła się zbiórka
metodą dopędzania. Zaraz po wejściu samolotów na pożądaną
wysokość naziemne dowodzenie ugrupowaniem przejął od kierownika
lotów nawigator naprowadzenia. Piloci zmieniali kilkakrotnie kurs,
cały czas zwiększając wysokość, a także prędkość do
1000km/h. Te manewry były potrzebne po to, aby cel przechwycić
zgodnie z regułami walki. Po rozpoznaniu celu na wysokość siedmiu
tysięcy metrów, z tzw. tylnej półsfery zaatakowała najpierw
pierwsza para, wykonując z odległości kilku kilometrów imitacje
odpalenia kierowanych pocisków rakietowych. Wkrótce odeszła od
celu. Druga para zestrzeliła bombowce w podobny sposób. Następnie
odbyła się zbiórka klucza. O godz. 15:12 grupa skierowała się na
lotnisko. Zmniejszyła wysokość do 5000 metrów. Siedem minut
później prowadzący samolot drugiej pary por. Gazarkiewicz -
dowódca 3 klucza 2 eskadry - zameldował przez radio, że w jego
samolocie zgasł silnik. Powtórzył: "Silnik
zgasł. Był duży huk we wlocie, nie wiem, co się dzieje -
wyłączyłem silnik".
Prowadzący klucz natychmiast zapytał: "Silnik ci zgasł czy go
wyłączyłeś?" "Wyłączyłem,
bo był bardzo duży stuk".
Dowódca klucza nakazał mu nawiązać łączność z kierownikiem
lotów ppłk pil. Bogusławem Manińskim. Porucznik zgłosił awarię
samolotu na startowe stanowisko kierowania lotami. "Ziemia"
zareagowała od razu: "Ustal
warunki do uruchomienia silnika".
Pilot, sądząc, że nastąpił tzw. pompaż, rozpoczął
uruch
amianie silnika poprzez przestawienie odpowiednich włączników.
Udało się. "W
porządku, silnik pracuje!"
- zameldował. Następnie przesunął dźwignię gazu do przodu i...
wystąpiły podobne objawy jak poprzednio. Doszedł groźny element.
W kabinie pojawił się dym. W tej sytuacji kierownik lotów polecił
por. Gazarkiewiczowi przygotować się do wariantu katapultowania.
Uprzednio kazał sprawdzić, czy na pokładzie nie ma pożaru. W tym
czasie pilot kontynuował lot do lotniska, bacznie obserwując
wskazania przyrządów. Zrozumiał polecenie, odpowiadając przy tym,
że znajduje się już na wysokości 2000 metrów oraz że ponownie
wyłączył silnik z powodu "trzęsienia i rozjechania się
obrotów". Kierownik lotów nakazał mu
podać swoje miejsce i opuścić samolot. Pilot zameldował, że
znajduje się w rejonie lotów na prawo od lotniska, w okolicy dużych
jezior. Jest na wysokości 1500 metrów. Kierownik lotów przyjął
to do wiadomości, a następnie wydał trzykrotnie komendę, aby
porucznik się katapultował. Por. Gazarkiewicz przyjęcie nakazu
potwierdził. Potem zmniejszył prędkość do 450km/h i około godz.
15:23, po czterech minutach od wykrycia awarii, wykatapultował się
na wysokości 1000 metrów, w rejonie miejscowości Lipusz. Oto krótka relacja por. pil. Bogdana Gazarkiewicza: "Po
wykatapultowaniu się i otwarciu spadochronu spojrzałem na jego
czaszę. Była wypełniona i cała. Poprawiłem się w uprzęży. "Uruc
homiłem" łódkę ratowniczą. Dopiero później
zauważyłem, że wyląduję w lesie. Tuż przed przyziemieniem
zasłoniłem twarz szybą hełmu. W trakcie lądowania zawadziłem o
gałąź drzewa. Uszkodzeń ciała nie doznałem. Wylądowałem
bezpiecznie i uruchomiłem radiostację ratowniczą" .
Z relacji prowadzonego pary, ppor. pil. Leszka Gawińskiego z 3
klucza lotniczego 2 eskadry: "W
momencie, gdy prowadzący usłyszał stuk w silniku, w dyszy
wylotowej zauważyłem najpierw pojedynczy dymek, a potem płomień
jak przy pracującym dopalaczu, tyle że o mniejszej jasności. To
wkrótce zniknęło. Towarzyszyłem dowódcy pary jeszcze przez dwie
i pół minuty, po czym - ze względu na małą ilość paliwa w
zbiornikach - skierowałem się na lotnisko, gdzie wkrótce
wylądowałem, chwilę po dowódcy klucza i jego prowadzonym".
W powietrzu znajdowało się wówczas 11 samolotów bojowych
MiG-21bis z 34 pułku. Kierownik lotów rozpoczął akcję ratowniczą od
przerwania lotów przez sprowadzenie pozostałych samolotów do
lądowania. Wezwał na pomoc śmigłowiec ratowniczy Mi-2RM z 18.
Elł MW, którym dowodził por. pil. Tadeusz Drybczewski wraz z drugim
pilotem
Markiem Chilińskim, ratownikiem st. bosmanem Bogusławem
Wieciorkowskim
i st. bosmanem szt. Henrykiem Iwanickim.
Naprowadzanie śmigłowca i dolot do miejsca wypadku trwały godzinę
i czternaście minut. Na szczęście por. Gazarkiewicz nie
potrzebował natychmiastowej pomocy. Załodze ratowniczej pomógł
nawet odnaleźć swoje miejsce lądowania. Gdy usłyszał nad sobą
warkot silników, wystrzelił w stronę śmigłowca rakietę
sygnalizacyjną. Został dostrzeżony i po chwili wzięty na pokład.
Niedaleko dopalało się dwadzieścia arów lasu, w który wcześniej
runął samolot bojowy MiG-21bis o numerze burtowym 0701 z 2 eskadry
2 klucza lotniczego 34. PLM OPK. Technikiem samolotu był chor. Piotr
Kaliski. Specjalna komisja badająca wypadek ustaliła później, że
jego przyczyną był
o zatarcie się głównych łożysk silnika
wskutek niewłaściwej pracy pompy olejowej. Wszyscy piloci oraz
kierownik lotów postępowali nienagannie. Działanie por. Bogdana
Gazarkiewicza w skomplikowanej sytuacji oceniono oddzielnie,
kwalifikując je do wyróżnienia. Kilka słów o wyróżnionym
pilocie. W chwili tego zdarzenia miał 32 lata. Był dowódcą klucza
i instruktorem. Miał już 1 klasę kwalifikacyjną. Jego nalot
życiowy przekroczył 800 godzin; połowę z tego uzyskał na
samolotach MiG-21bis. Por. Bogdan Gazarkiewicz latał dalej w 34. PLM
OPK i MW aż do roku 1997, gdy postanowił odejść na zasłużoną
emeryturę.
Tekst Krzysztof Kirschenstein
zdjęcia archiwum autora





