Jest piątek 22 października 1965 roku. Jak na tę porę roku to piękny, słoneczny dzień. Tego dnia w jednostce na lotnisku Babie Doły nie ma lotów szkolnych, więc dowódca pułku ppłk pil. Stefan Zalejski wydaje rozkaz, aby polecieć samolotem TS-8 Bies (ma to na celu zaoszczędzenie paliwa ) do 28 PLM w Słupsku w celu oblotu po wykonanych pracach samolotu SBLim-2, a następnie przetransportowania go drogą powietrzną do 34 PLM w Babich Dołach.
Do oblatania "szparki" dowódca wytypował kpt.
pil. Aleksego Antoniewicza, który tego dnia miał polecieć ze swoim
kolegą z II eskadry por. pil. Tadeuszem Bojarskim na samolocie TS-8
Bies nr 0914. Start odbył się w godz. porannych, aby zdążyć
wrócić jeszcze do pułku w ramach dnia pracy. Po wylądowaniu w
Słupsku i zapoznaniu się z procedurami do oblotu samolotu kpt.
Antoniewicz przystąpił do wykonania
zadania w celu sprawdzenia "szparki". Po udanym locie i stwierdzeniu, że samolot jest
sprawny, nakazał swojemu koledze, aby ten przygotował się do
odlotu samolotem TS-8 Bies, a on sam wróci już na "szparce" do
pułku. W tej sytuacji pilot udał się na stoisko, gdzie jego
samolot stał już przygotowany do wylotu.
Po przybyciu do samolotu zastał przy nim mechanika oraz inżyniera, który w tym czasie wyłączył najprawdopodobniej iskrowniki w drugiej kabinie; sam pilot, gdy odbierał swój samolot po prostu tego nie zauważył. Po uruchomieniu silnika i otrzymaniu zgody wystartował z kursem wschodnim, kierując się na lotnisko Babie Doły.
Lecąc na wysokości 200 metrów i będąc już nad miejscowością Wejherowo, nagle wyłącza mu się silnik. Pilot próbuje uruchomić jednostkę napędową, ale bez powodzenia. W tej sytuacji, nie zastanawiając się już, wykonuje bardzo ciasną spiralę. Zdążył dostrzec świeżo zaorane pole i postanowił tam posadzić maszynę. Wylądował perfekcyjnie, nie uszkadzając prawie wcale samolotu i zatrzymując się kilkanaście metrów przed zabudowaniem domostwa rolnego. W tym czasie ze Słupska wystartował już kpt. Antoniewicz, który po nawiązaniu łączności z SD zapytał się, czy Bojarski już wylądował, na co usłyszał odpowiedz, że nie. Zdziwiony tym pilot zszedł niżej i zaczął się rozglądać, zauważając po chwili leżący w polu samolot i siedzącego na skrzydle swojego kolegę. Natychmiast zameldował o tym na SD, po czym zrobił jeszcze parę kręgów nad leżącym w polu samolotem i odleciał do macierzystej jednostki.
Po jakimś czasie na miejsce zdarzenia przyjechała karetka oraz ekipa techniczna z dowódcą pułku. Samolot ściągnięto do jednostki, gdzie przeprowadzono próby z silnikiem, po których nie stwierdzono, aby mógł się samoczynnie wyłączyć. Powołana komisja sprawdzała i badała wszystkie możliwości techniczne tego, jak się mówiło, dziwnego przypadku. Kiedy wykonywano próby z silnikiem, jednostkę wizytował pewien płk z Bydgoszczy, który skorzystał od razu z okazji i rozpoczął własne dochodzenie mimo ciągłych prac komisji, zarzucając pilotowi błąd w technice pilotowania, a nawet sabotaż.
Po trzech dniach do pułku przyleciał gen. bryg. pil. Tadeusz Krepski, który poprosił w obecności dowódcy 34 PLM ppłk Zalejskiego, por. Bojarskiego o wyjaśnienie tego zdarzenia. Pilot odpowiedział generałowi, że nie wie, jak to się stało, iż silnik nagle przestał pracować, a pilot musiał się ratować przymusowym lądowaniem w terenie przygodnym, nie uszkadzając praktycznie samolotu, jeśli nie weźmiemy pod uwagę wygiętego śmigła. W tej sytuacji gen. Krepski kazał odesłać samolot do Warszawy do Instytutu Technicznego WL w celu przeprowadzenia ekspertyzy silnika. Pilota natomiast wysłano na rutynowe badania do WIML-u, po których wrócił, pełniąc dalej służbę w II eskadrze 34 PLM na Babich Dołach.
Po ustaleniu
przyczyny, którą było utlenienie się styków przewodów
elektrycznych w hermetycznie zamkniętym łączu niepodlegającemu
kontroli i pracom technicznym, instytut, badając pracę silnika w
każdym detalu, zdecydował się na rozcięcie tego łącza. Wówczas
stwierdzono brak napięcia idącego na iskrowniki, co było powodem
przerwania pracy silnika, a dodatkowo zbiegło się to ze zużyciem
palca rozdzielczego, który też okresowo dawał lub nie dawał
napięcia na iskrowniki.
Dzięki pracy Instytutu Technicznego stwierdzono tę awarię, która w normalnych warunkach, niewykryta podczas wykonywania przeglądu technicznego mogła w przyszłości, w czasie dalszego użytkowania tych samolotów doprowadzić do incydentu o wiele bardziej tragicznego, niż opisany powyżej, a zakończony szczęśliwie przez młodego por. pil. Tadeusza Bojarskiego.
Tekst Krzysztof Kirschenstein



