We
wrześniu na lotnisku 1. PLM w Mińsku Mazowieckim nastąpiło
zgrupowanie zespołów akrobacyjnych latających w pułkach
lotniczych naszego kraju. Wśród sporej grupy pilotów myśliwskich
był min. por. pil. Władysław Hermaszewski, który uczestniczył ze
swoim "rombem" w zgrupowaniu do pokazów lotniczych, które miały
odbyć się nad Stadionem Dziesięciolecia w Warszawie.
W zgrupowaniu
uczestniczył
również klucz samolotów szturmowych Ił-10, prowadzony przez
doświadczonego pilota z Bydgoszczy - kpt. Packa. Piloci samolotów
myśliwskich czasami podśmiewali się ze swoich kolegów, którzy
latali na przestarzałych samolotach szturmowych, traktując ich
maszyny jak przeżytek epoki, nie znając ich zalet ani kwalifikacji
latających na nich pilotów. Nazywani byli przez nich "dziadkami"
lub "garbusami". W trakcie tego zgrupowania kpt. Pacek
najwyraźniej urażony takim zachowaniem zaproponował por.
Hermaszewskiemu, abym zechciał się z nim przelecieć w charakterze
pasażera na stanowisku strzelca pokładowego i osobiście przekonać
się o walorach tego przestarzałego ich zdaniem samolotu.
Por. pil.
Władysław Hermaszewski niczego nie świadom chętnie skorzystał z
tej propozycji. Jedynym mankamentem w tym locie było to, że musiał
siąść tyłem do pilota na stanowisku strzelca bez możliwości
obserwacji, co dzieje się z przodu. Z tej perspektywy miał
możliwość tylko obserwować ogon samolotu i jego tylną półsferę,
a przede wszystkim nie miał żadnej możliwości ingerowania w
sterowanie, wierząc głęboko w duże kwalifikacje kpt. Packa. Już
przy samym starcie pilot poczuł się dziwnie i nie
swojo, widząc i
czując wszystko odwrotnie. Przede wszystkim nie widząc co się
dzieje w przodzie, co było dla niego samego najgorsze. Ponadto nie
trzymał sterów. Pas startowy spod samolotu umykał i oddalał się,
a nie napływał pod niego, zaś rożnego rodzaju przedmioty terenowe
oddalały się zamiast przybliżać, ale to było jeszcze nic w
porównaniu z tym, co nastąpiło po paru sekundach od startu.
Uniesiony ambicją kpt. Pacek zaraz po starcie rozpędził nisko
swojego Iła-10 nad pasem i gwałtownie wyrwał w górę jak do
pętli, następnie przykontrował i szedł pionowo w górę.
Hermaszewski wisząc na pasach widział tylko oddalającą się
ziemię i ogon samolotu. Pilot ciągnął tak do wysokości jakieś
400-500 metrów, po czym z wytratą prędkości zwalił się na nos i
zaczął pionowo nurkować do ziemi. Siedzący z tyłu pilot widział
tylko błękit nieba za ogonem samolotu, czując przy tym gwałtowną
utratę wysokości i narastanie prędkości, ale nie widział
przybliżania się ziemi co było dla niego najgorsze. W miarę
upływu sekund rosło jego przerażenie, bo wysokość gwałtownie
malała, a pilot wciąż nie wyprowadzał swojego samolotu z
nurkowania. Hermaszewski był już bliski krzyku, kiedy kpt. Pacek
gwałtownie pociągnął swoją maszynę, ale musiał zrobić to w
ostatnim ułamku sekundy, bo za moment mignął mu tylko horyzont.
Siedzący z tyłu bez możliwości ingerowania w stery w pełny
m
strachu pilot ujrzał za samolotem uniesiony z ziemi kurz i ponownie
oddalającą się murawę lotniska. Lecieli znowu pionowo w górę,
aby ten fantazyjny i szaleńczy manewr powtórzyć jeszcze
kilka razy. Co raz bardziej obawiał się, że kpt. Pacek nie zmieści
się z wyprowadzeniem z nurkowania i huknie w ziemię. Hermaszewski
był bezsilny, nie mógł w żaden sposób przeciwdziałać ani
interweniować, bo nie miał ani kontaktu ze sterami, ani łączności
z pilotem. Był zdany tylko i wyłącznie na jego łaskę, rozsadek i
umiejętności.
Po kilku minutach brawurowego lotu pilot skończył te karkołomne fikołki i poszedł po okolicy kosiakiem. Niewiele za samolotem mógł znowu dostrzec siedzący z tyłu pilot widząc tylko podnoszący się kurz z pól, a nad łąkami odnosił wrażenie, że wraz z pilotem sunie na jakiejś kosiarce, bo ten tak ciął śmigłem swojego samolotu wysoką trawę i krzaki, zaś korony omijanych drzew umykały im wysoko nad garbatym "dziadkiem". W końcu pilot wylądował i zakołował na stoisko, wyłączył potężny silnik i obaj wysiedli z kabiny poczciwego, ale wciąż jak się okazało dziarskiego "dziadka". Hermaszewski od razu zauważył w oczach kpt. Packa wielką satysfakcje. Pilot Iła-10 uśmiechnął się tylko, czuł, że był górą i nie bez powodu. Wziął zdecydowany rewanż nad pokpiwającym z niego odrzutowym myśliwcem.
Po tym wspaniałym i
szaleńczym locie padły wtedy słowa z ust por. pil. Władysława
Hermaszewskiego "O, niech cie szlag trafi! Tak po tyłku
w powietrzu nie dostałem jeszcze od nikogo". Do
końca swojej służby Władysław Hermaszewski czuł już
niekwesti
onowany respekt do szturmowców, a szczególnie do kpt. pil.
Packa, gdyż po wykonaniu z nim lotu na "dziadku" przybyło mu
sporo siwych włosów.
Piloci latający na samolotach Ił-10 zawsze podkreślali, że pilotowanie tych samolotów było dla nich piękną lotniczą przygodą mimo, że mało kiedy udawało się na nim dobrze wylądować. Przyczyną trudnych lądowań był bez wątpienia wysoko postawiony nos samolotu nad horyzont, pilot musiał bacznie obserwować ziemie tylko na boki, a takie położenie powodowało gorszą ocenę wysokości podczas przyziemienia. W lotach na niskiej wysokości czy to nad ziemią czy nad wodą piloci chwilami czuli nawet kropelki wody podrywane obracającym się śmigłem kiedy ich samoloty sunęły tuż nad powierzchnią wody. Taki widok jak przyznają sami zawsze czarował swoim pięknem każdego kto na nim latał. Podkreślali zawsze, że byli dumni gdyż należeli do nielicznych, którym było dane doświadczyć prawdziwego romantyzmu latania, który później wraz z przesiadką na odrzutowe samoloty zacierał się bezpowrotnie.
Tekst Krzysztof Kirschenstein
zdjęcia z archiwum autora





