Wyszukiwarka

Aviateam.pl na Facebook

Naśladowcy Ikara

Kategoria: Piloci Polskich Sił Powietrznych Utworzony: 2012-04-09 Autor: Kirschenstein Krzysztof

O fantazji, którą ma prawie każdy młody pilot rozpoczynający swoją przygodę w lotnictwie (nie tylko myśliwskim), przejawiającej się np. nadlatywaniem znienacka na niskiej wysokości nad pracujących na polach rolników czy też kajakarzy na jeziorach itp. były i są nadal ujęte w programie szkolenia. Oczywiście dziś już bez takich "fajerwerków" jak to było za czasów kiedy nasze lotnictwo było wielkie. Dziś wśród personelu latającego krążą legendy. Legendy właśnie to mają do siebie, że tkwi w nich ziarenko prawdy. Warunkiem takiego kunsztu latania i pewności siebie musi być przede wszystkim mistrzowskie opanowanie techniki pilotowania samolotu, a to wymaga inteligencji, refleksu i kondycji fizycznej, popartej wszechstronną wiedzą fachową. Warto od razu jednak zaznaczyć, że dawniej pilotom było łatwiej przeskoczyć niektóre sprawy OKL np. mogło to być: zacięcie filmu w kasecie SARPP, naświetlenie czy też złe wywołanie filmu przez przeterminowane odczynniki. Myślę, że w każdym pułku kiedyś, a dziś w bazach są nadal piloci, którym sprawia przyjemność latać nisko kiedy na radiowysokościomierzu bardzo dokładnie wskazującym wysokość strzałka tkwi przy samym zerze, a na wysokościomierzu barometrycznym, mierzącym wysokość od poziomu lotniska, pokazuje wartości ujemne. W lotnictwie nie ma miejsc dla słabeuszy, bo jak się mówi, zawód ten usłany jest krzyżami i właśnie do tego trzeba dojrzeć i latać "z głową".

Warto o tym pamiętać, bo przecież dziś w dobie supertechniki musi istnieć ten romantyzm latania, którego nam, Polakom, nigdy przecież nie brakowało. Chciałbym kilka przykładów słynnych "kosiaków" tutaj opisać, wykorzystując relacje pilotów, którzy się ze mną podzielili doświadczeniami w tej kwestii.
Pierwsza jest relacja kmdr ppor. pil. rez. Andrzeja Małeckiego. Po trzech latach instruktorki w OSL-5 Radom i roku w Nowym mieście nad Pilicą, por. pil. Andrzej Małecki przenosi się w 1965 roku do 30 PLSz MW bazującego w Siemirowicach. Tam to rozpoczyna szkolić się na samolotach Lim-5. W procesie szkolenia po wykonaniu szeregu ćwiczeń, doszedł do wykonywania stref według ćwiczenia nr 337 w locie koszącym w zwykłych warunkach atmosferycznych. W ćwiczeniu tym wykonywało się strefę na średni pilotaż od wysokości 200-2500 metrów. Jednym z elementów szkolenia był lot na 30 metrach nad przeszkodami terenowymi. Wykonywał go w strefie nad lotniskiem zapasowym Lędzichowo, gdzie stacjonowała jednostka obsługi naziemnej. Poszczególne elementy figur wzbudziły zaciekawienie obserwatorów, którzy dla lepszego widoku weszli na dach budynku gospodarczego. Widząc to, poczuł się sprowokowany do pokazania wszystkiego, co też potrafi robić samolot i siedząca w nim załoga. Po kolejnych zajściach włączył dopalacz i po przelocie nad obserwatorami stwierdził, że ich tam już nie ma. Nie było też już traktorzysty z maszyną, który w pobliżu rozsiewał na polu nawozy.

Pełen uniesienia lotniczego i euforii wylądował na lotnisku macierzystym w Cewicach, słysząc jednocześnie komendę KL kmdra ppor. pil. Henryka Staszewskiego: "Po zakołowaniu zameldujesz się u dowódcy pułku". Dowódcą pułku w tym okresie był kmdr por. pil. Zdzisław Smyk. Już wiedział - konsekwencje rozpoczęły się. Były one bardzo rygorystyczne. Zawieszono go w wykonywaniu lotów, wstrzymano dodatki za klasę, egzaminy ze sprzętu i RWL-u. Słowem - totalne uziemienie, którego żadnemu lotnikowi nigdy się nie życzę. Do tego jeszcze zmywanie głowy przez żonę. Po odbytych karach udało mu się powrócić do wykonywania lotów. Pil. Andrzej Małecki opisał ten epizod życia ku przestrodze innych, którym diabelski chochlik podsunie na myśl podobne wyczyny. Zresztą koledzy potem wyśmiewali się, że wykonywał on prace agrotechniczne w polu, rozsiewając nawozy.
Kolejny fragment to wypowiedź jednego z pilotów latających od początku w 34 PLM, jeszcze wtedy kpt. pil. Leopolda Stachowskiego, który wykonywał zadanie 3 czerwca 1970 roku nad Morzem Bałtyckim: "Zostaję naprowadzony na cel na małej wysokości, jest to pozorujący nalot z morza. Po paru komendach dostrzegam na tle niebieskawo - zielonego morza parę Lim-ów-5, z których jeden jest celem, a drugi nasz, ten po przechwyceniu celu przeze mnie odchodzi. Ja dostaję zadanie iść cały czas za celem. Jak iść, to idę w morze na wysokości 20-50 metrów. Ciężko się leci, bo nie ma fali, jedynie dobra widzialność jest tu sprzymierzeńcem. Odlatujemy od linii brzegowej jakieś 40 km, po czym wykonujemy skręt w stronę brzegu. Cel odchodzi na samą wodę, dobry lotnik musi pilotować tym Limem. Pokazuję też jemu, że i na "szybkim" mogę latać tak nisko i to nad morzem. Do samej linii brzegowej lecimy na wysokości 5-10 metrów".

W czerwcu 1993 roku w 41. PLM dokonano oblotu samolotu 8859 po wymianie silnika z zdjętego z samolotu 8855. Zgrana ekipa techników z eskadry technicznej 34. PLM MW zameldowała przełożonym na BD o wykonaniu zadania. Ustalono oblot na następny dzień. Przyleciał wtedy kpt. mar. pil. Janusz Włodarski. Technicy szybko zapoznali pilota z tym, co było w samolocie zrobione. Jak zawsze w takim przypadku obowiązywał program oblotów, który został zrealizowany. W prywatnej rozmowie pojawił się temat, aby na koniec oblotów i odlotu do domu pokazać pilotom z Malborka, jak latają piloci z 34. PLM MW. Już podczas oblotów kpt. Włodarski pokazał swój kunszt przelotu "kosiakiem" nad drogą kołowania w kierunku na Malbork. "Kosiak" nad drogą kołowania i stoiskiem należał do normalnych z tendencją do zniżenia. Przed odlotem na macierzyste lotnisko w Babich Dołach pilot jeszcze raz w prywatnej rozmowie napomknął, że Malbork zobaczy, jak latają na BD. Poprosił tylko, aby nikt z techników nie kręcił się w osi stoiska samolotów i drogi kołowania. Technicy od razu wiedzieli, co się święci i z utęsknieniem czekali na brawurowe pożegnanie z jednostką w Królewie Malborskim. Gdy samolot 8859 z 1 eskadry 3 klucza wystartował do odlotu na BD, zapanowała cisza. Samolot gdzieś zniknął nad Żuławami. Teraz przyszło tylko oczekiwać i obserwować, z której strony pojawi się srebrzysta sylwetka MiG-a 21 bis. Wszyscy technicy wiedzieli, że ostatnie słowo lotnika z BD nastąpi. I nastąpiło! Zauważyli go nad Żuławami, jak idzie na zniżanie w osi stojanki. Zdradziła go smuga dymu pozostająca po spalonej nafcie. Rosnący punkt pojawił się błyskawicznie na wysokości 2-3 metrów. Do tego włączone dopalanie... Wrażenie niesamowite! Lot jak po sznurku. Ręka kpt. mar. pil. Janusza Włodarskiego nie drgnęła, wszystko pięknie pracowało!

Tak po latach relacjonuje to osprzętowiec mjr Henryk Gniech:
"Po przelocie czuliśmy ciepło od silnika, zapach dymu i własne drganie ciała. Do hałasu zdążyliśmy się przyzwyczaić. Tylko młody Andrzej J. nie bardzo wiedział, co się wydarzyło. Janusza majstersztyk mam do dzisiaj w oczach i był to dla mnie najniższy kontrolowany przelot. Wtedy adrenalina, a dzisiaj co? Sentyment, poczucie ówczesnej ułańskiej fantazji! Minęło sporo lat od tamtego przelotu i bardziej realnie patrzę na tamte fakty. Owszem, pożegnanie Malborka, owszem "kosiak", ale wyżej! Jakoś zamykam ten fakt pętlą wspomnień, bo wtedy naszą ekipę odwiedził dowódca 41. PLM ppłk. pil. Janusz Olczak, niegdyś wychowanek 34. PLM OPK. Janusz i Janusz piloci, którzy wiedzieli, po co się lata! Oni z przeżyciami zapewnili nam w lotniczym światku niezapomniane kolejne przeżycia. Kolejny przypadek jaki chciałbym opisać ze względu na brawurowe wyczyny i zarazem wysokie umiejętności pilotażowe kpt. pil. Romana Zielińskiego z 26. PLM w Zegrzu Pomorskim. Był to popis tzw. "prasowania plaży" w Kołobrzegu. Lipiec to miesiąc, kiedy plaże zapełnione są wczasowiczami. Podczas wykonywania dziennych lotów w 26. PLM w Zegrzu Pomorskim kpt. pil. Roman Zieliński postanowił wykonać swoje zadanie polegające na wykonaniu figur wyższego pilotażu w strefie. Po zajęciu miejsca w kabinie samolotu Lim-5 wystartował do wykonania zadania, ale nie z kursem północnym, lecz kierując się w stronę morza. Pędząc na dużej szybkości od strony morza, obierając teraz kurs na plażę, zbliżał się równolegle na małej wysokości do licznie zgromadzonych tam plażowiczów. Wśród wielkiego tłumu sokole oko pilota dostrzegło liczne i skąpo odziane kobiety, które podczas tego niskiego przelotu pozdrawiały go machaniem dłoni. Kpt. Zieliński od razu zauważył wyraźny podziw dla jego "kawaleryjskiej" jazdy, odczytując to jako zachęcenie do powtórzenia przelotu i wykonania szeregu wiązanek akrobacji.

W przypływie szczególnej sympatii do wczasowiczek pilot niezwłocznie zabrał się do wykonywania efektownych ewolucji nad tłumnie obleganą przez wczasowiczów kołobrzeską plażą. Kpt. pil. Roman Zieliński płynnie i z gracją wykonywał pętle, beczki, imelmany. Silnik jego Lima-5 z wysokich tonów przechodził w bas, wypełniając grzmotem całą okolicę. Po wykonaniu szeregu figur pilot na paru metrach przelatywał nad wodą zbierając zasłużone brawa. Rozentuzjazmowani niecodziennym popisem akrobatycznym plażowicze machali do niego chusteczkami i wszystkim, czym się dało. Wyczyny kpt. Zielińskiego być może by się skończyły, gdyby nie jakiś mężczyzna na końcu plaży potrząsający pięścią w jego kierunku. Ten gest ubliżył lotniczej dumie pilota, który uznał to za zniewagę. Pilot postanowił szybko ukarać delikwenta. Poderwał swojego Lima i przewracając go na plecy, runął w stronę plaży, "prasując ją na gorąco"! Tym "kosiakiem" zmusił wszystkich do padania plackiem na plażę, przewalając się w pełnej krasie lawiną metalu i ognia! Kto mógł, ratował się ucieczką pod stromy brzeg lub wskakiwał szybko do morza. Po wyprowadzeniu i głębokim nawrocie stwierdził z satysfakcją, że tłum nieco się przerzedził, a ów delikwent niesympatyczny i bez poczucia fantazji gdzieś zniknął w tym tłumie. Z racji tego, że pilotom myśliwskim od początku wpajano, że zawsze swoje zadania mają wykonywać sumiennie i dokładnie - ponowił nalot. Podczas zachodzenia do kolejnego przelotu zauważył małą grupkę ludzi, którzy najwyraźniej się nie przejęli tym ostatnim "kosiakiem". Pilot odebrał to jako policzek dla całego wręcz lotnictwa! Trzecie "prasowanie plaży" wykonał szczególnie starannie, pozostawiając już za sobą pustą przestrzeń, opuszczone koce i rozrzucone rzeczy. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i niezachwianym wewnętrznym przekonaniem, że lotnictwo polskie jest potęgą, wracał lotem koszącym na lotnisko. Po wylądowaniu kpt. pil. Roman Zieliński udał się do domku pilota, aby omówić ćwiczenia z młodymi lotnikami. W trakcie omawiania ćwiczeń na lotnisko przyjechała wcześniej zapowiadana inspekcja z DWL. Po chwili dowódca pułku poprosił kpt. Zielińskiego, aby ten natychmiast udał się do przybyłych oficerów. Od razu zauważył twarz generała, która dawała mu do zrozumienia, że chodzi o wydarzenia na plaży. Z wielkim trudem przyszłoby tutaj opisać, co przeżywał pilot, kiedy z ust generała leciały... Te zdania popsułyby humor największemu entuzjaście polskich skrzydeł.

O przykrych rzeczach piloci nie lubią wspominać nawet po tak długim okresie. Od tej popołudniowej, lipcowej rozmowy z generałem pilot oprócz własnych spodni, nigdy i nigdzie nic nie "prasował", a mężczyzną wymachującym pięścią na plaży był właśnie sam generał ze świtą, który przed inspekcją w 26. PLM postanowił skorzystać z pięknej pogody, rozkoszując się urokami kołobrzeskiej plaży.
Dziś, po latach, kiedy szukamy pilotów i wspólnie razem sięgamy z nimi pamięcią do tamtych czasów, gra w nas wszystkich nutka rozrzewnienia, gdyż był to chyba czas najpiękniejszego okresu. Nasze lotnictwo wojskowe było naprawdę potęgą, a fantazja latania dorównywała niemalże mitycznemu Ikarowi.

Tekst Krzysztof Kirschenstein
zdjęcia Miłosz Rusiecki, Robert Rek, Krzysztof Gładkij i z archiwum autora