O
fantazji, którą ma prawie każdy młody pilot rozpoczynający swoją
przygodę w lotnictwie (nie tylko myśliwskim), przejawiającej się
np. nadlatywaniem znienacka na niskiej wysokości nad pracujących na
polach rolników czy też kajakarzy na jeziorach itp. były i są
nadal ujęte w programie szkolenia. Oczywiście dziś już bez takich "fajerwerków" jak to było za czasów kiedy nasze lotnictwo było
wielkie. Dziś wśród personelu latającego krążą legendy.
Legendy właśnie to mają do siebie, że tkwi w nich ziarenko
prawdy. Warunkiem takiego kunsztu latania i pewności siebie musi być
przede wszystkim mistrzowskie opanowanie techniki pilotowania
samolotu, a to wymaga inteligencji, refleksu i kondycji fizycznej,
popartej wszechstronną wiedzą fachową. Warto od razu jednak
zaznaczyć, że dawniej pilotom było łatwiej przeskoczyć niektóre
sprawy OKL np. mogło to być: zacięcie filmu w kasecie SARPP,
naświetlenie czy też złe wywołanie filmu przez przeterminowane
odczynniki. Myślę, że w każdym pułku kiedyś, a dziś w bazach
są nadal piloci, którym sprawia przyjemność latać nisko kiedy na
radiowysokościomierzu bardzo dokładnie wskazującym wysokość
strzałka tkwi przy samym zerze, a na wysokościomierzu
ba
rometrycznym, mierzącym wysokość od poziomu lotniska, pokazuje
wartości ujemne. W lotnictwie nie ma miejsc dla słabeuszy, bo jak
się mówi, zawód ten usłany jest krzyżami i właśnie do tego
trzeba dojrzeć i latać "z głową".
Warto o tym pamiętać, bo
przecież dziś w dobie supertechniki musi istnieć ten romantyzm
latania, którego nam, Polakom, nigdy przecież nie brakowało.
Chciałbym kilka przykładów słynnych "kosiaków" tutaj opisać,
wykorzystując relacje pilotów, którzy się ze mną podzielili
doświadczeniami w tej kwestii.
Pierwsza jest relacja kmdr ppor.
pil. rez. Andrzeja Małeckiego. Po trzech latach instruktorki w OSL-5
Radom i roku w Nowym mieście nad Pilicą, por. pil. Andrzej Małecki
przenosi się w 1965 roku do 30 PLSz MW bazującego w Siemirowicach.
Tam to rozpoczyna szkolić się na samolotach Lim-5. W procesie
szkolenia po wykonaniu szeregu ćwiczeń, doszedł do wykonywania
stref według ćwiczenia nr 337 w locie koszącym w zwykłych
warunkach atmosferycznych. W ćwiczeniu tym wykonywało się strefę
na średni pilotaż od wysokości 200-2500 metrów. Jednym z
elementów szkolenia był lot na 30 metrach nad przeszkodami
terenowymi. Wykonywał go w strefie nad lotniskiem zapasowym
Lędzichowo, gdzie stacjonowała jednostka obsługi naziemnej.
Poszczególne elementy figur wzbudziły zaciekawienie obserwatorów,
którzy dla lepszego widoku weszli na dach budynku gospodarczego.
Widząc to, poczuł się sprowokowany do pokazania wszystkiego, co
też potrafi robić samolot i siedząca w nim załoga. Po kolejnych
zajściach włączył dopalacz i po przelocie nad obserwatorami
stwierdził, że ich tam już nie ma. Nie było też już
traktorzysty z maszyną, który w pobliżu rozsiewał na polu nawozy.
Pełen uniesienia lotniczego i euforii wylądował na lotnisku
macierzystym w Cewicach, słysząc jednocześnie komendę KL kmdra
ppor. pil. Henryka Staszewskiego: "Po zakołowaniu zameldujesz
się u dowódcy pułku". Dowódcą pułku w tym okresie był
kmdr por. pil. Zdzisław Smyk. Już wiedział - konsekwencje
rozpoczęły się. Były one bardzo rygorystyczne. Zawieszono go w
wykonywaniu lotów, wstrzymano dodatki za klasę, egzaminy ze sprzętu
i RWL-u. Słowem - totalne uziemienie, którego żadnemu lotnikowi
nigdy się nie życzę. Do tego jeszcze zmywanie głowy przez żonę.
Po odbytych karach udało mu się powrócić do wykonywania lotów.
Pil. Andrzej Małecki opisał ten epizod życia ku przestrodze
innych, którym diabelski chochlik podsunie na myśl podobne wyczyny.
Zresztą koledzy potem wyśmiewali się, że wykonywał on prace
agrotechniczne w polu, r
ozsiewając nawozy.
Kolejny fragment to
wypowiedź jednego z pilotów latających od początku w 34 PLM,
jeszcze wtedy kpt. pil. Leopolda Stachowskiego, który wykonywał
zadanie 3 czerwca 1970 roku nad Morzem Bałtyckim: "Zostaję
naprowadzony na cel na małej wysokości, jest to pozorujący nalot z
morza. Po paru komendach dostrzegam na tle niebieskawo - zielonego
morza parę Lim-ów-5, z których jeden jest celem, a drugi nasz, ten
po przechwyceniu celu przeze mnie odchodzi. Ja dostaję zadanie iść
cały czas za celem. Jak iść, to idę w morze na wysokości 20-50
metrów. Ciężko się leci, bo nie ma fali, jedynie dobra
widzialność jest tu sprzymierzeńcem. Odlatujemy od linii brzegowej
jakieś 40 km, po czym wykonujemy skręt w stronę brzegu. Cel
odchodzi na samą wodę, dobry lotnik musi pilotować tym Limem.
Pokazuję też jemu, że i na "szybkim" mogę latać tak
nisko i to nad morzem. Do samej linii brzegowej lecimy na wysokości
5-10 metrów".
W czerwcu 1993 roku w 41. PLM dokonano oblotu
samolotu 8859 po wymianie silnika z zdjętego z samolotu 8855. Zgrana
ekipa techników z eskadry technicznej 34. PLM MW zameldowała
przełożonym na BD o wykonaniu zadania. Ustalono oblot na następny
dzień. Przyleciał wtedy kpt. mar. pil. Janusz Włodarski. Technicy
szybko zapoznali pilota z tym, co było w samolocie zrobione. Jak
zawsze w takim przypadku obowiązywał program oblotów, który
został zrealizowany. W prywatnej rozmowie pojawił się temat, aby
na koniec oblotów i odlotu do domu pokazać pilotom z Malborka, jak
latają piloci
z 34. PLM MW. Już podczas oblotów kpt. Włodarski
pokazał swój kunszt przelotu "kosiakiem" nad drogą
kołowania w kierunku na Malbork. "Kosiak" nad drogą
kołowania i stoiskiem należał do normalnych z tendencją do
zniżenia. Przed odlotem na macierzyste lotnisko w Babich Dołach
pilot jeszcze raz w prywatnej rozmowie napomknął, że Malbork
zobaczy, jak latają na BD. Poprosił tylko, aby nikt z techników
nie kręcił się w osi stoiska samolotów i drogi kołowania.
Technicy od razu wiedzieli, co się święci i z utęsknieniem
czekali na brawurowe pożegnanie z jednostką w Królewie Malborskim.
Gdy samolot 8859 z 1 eskadry 3 klucza wystartował do odlotu na BD,
zapanowała cisza. Samolot gdzieś zniknął nad Żuławami. Teraz
przyszło tylko oczekiwać i obserwować, z której strony pojawi się
srebrzysta sylwetka MiG-a 21 bis. Wszyscy technicy wiedzieli, że
ostatnie słowo lotnika z BD nastąpi. I nastąpiło! Zauważyli go
nad Żuławami, jak idzie na zniżanie w osi stojanki. Zdradziła go
smuga dymu pozostająca po spalonej nafcie. Rosnący punkt pojawił
się błyskawicznie na wysokości 2-3 metrów. Do tego włączone
dopalanie... Wrażenie niesamowite! Lot jak po sznurku. Ręka kpt.
mar. pil. Janusza Włodarskiego nie drgnęła, wszystko pięknie
pracowało!
Tak po latach relacjonuje to osprzętowiec mjr Henryk
Gniech:
"Po przelocie czuliśmy ciepło od silnika, zapach
dymu i własne drganie ciała. Do hałasu zdążyliśmy się
przyzwyczaić. Tylko młody Andrzej J. nie bardzo wiedział, co się
wydarzyło. Janusza majstersztyk mam do dzisiaj w oczach i był to
dla mnie najniższy kontrolowany przelot. Wtedy adrenalina, a dzisiaj
co? Sentyment, poczucie ówczesnej ułańskiej fantazji! Minęło
sporo lat od tamtego przelotu i bardziej realnie patrzę na tamte
fakty. Owszem, pożegnanie Malborka, owszem "kosiak", ale
wyżej! Jakoś zamykam ten fakt pętlą wspomnień, bo wtedy naszą
ekipę odwiedził dowódca 41. PLM ppłk. pil. Janusz Olczak, niegdyś
wychowanek 34. PLM OPK. Janusz i Janusz piloci, którzy wiedzieli, po
co się lata! Oni z przeżyciami zapewnili nam w lotniczym światku
niezapomniane kolejne przeżycia. Kolejny przypadek jaki chciałbym
opisać ze względu na brawurowe wyczyny i zarazem wysokie
umiejętności pilotażowe kpt. pil. Romana Zielińskiego z 26. PLM w
Zegrzu Pomorskim. Był to popis tzw. "prasowania plaży" w
Kołobrzegu. Lipiec to miesiąc, kiedy plaże zapełnione są
wczasowiczami. Podczas wykonywania dziennych lotów w 26. PLM w Zegrzu
Pomorskim kpt. pil. Roman Zieliński postanowił wykonać swoje
zadanie polegające na wykonaniu figur wyższego pilotażu w strefie.
Po zajęciu miejsca w kabinie samolotu Lim-5 wystartował do
wykonania zadania, ale nie z kursem północnym, lecz kierując się
w stronę morza. Pędząc na dużej szybkości od strony morza,
obierając teraz kurs na plażę, zbliżał się równolegle na małej
wysokości do licznie zgromadzonych tam plażowiczów. Wśród
wielkiego tłumu sokole oko pilota dostrzegło liczne i skąpo
odziane kobiety, które podczas tego niskiego przelotu pozdrawiały
go machaniem dłoni. Kpt. Zieliński od razu zauważył wyraźny
podziw dla jego "kawaleryjskiej" jazdy, odczytując to jako
zachęcenie do powtórzenia przelotu i wykonania szeregu wiązanek
akrobacji.
W przypływie szczególnej sympatii do wczasowiczek
pilot niezwłocznie zabrał się do wykonywania efektownych ewolucji
nad tłumnie obleganą przez wczasowiczów kołobrzeską plażą.
Kpt. pil. Roman Zieliński płynnie i z gracją wykonywał pętle,
beczki, imelmany. Silnik jego Lima-5 z wysokich tonów przechodził w
bas, wypełniając grzmotem całą okolicę. Po wykonaniu szeregu
figur pilot na paru metrach przelatywał nad wodą zbierając
zasłużone brawa. Rozentuzjazmowani niecodziennym popisem
akrobatycznym plażowicze machali do niego chusteczkami i wszystkim,
czym się dało. Wyczyny kpt. Zielińskiego być może by się
skończyły, gdyby nie jakiś mężczyzna na końcu plaży
potrząsający pięścią w jego kierunku. Ten gest ubliżył
lotniczej dumie pilota, który uznał to za zniewagę. Pilot
postanowił szybko ukarać delikwenta. Poderwał swojego Lima i
przewracając go na plecy, runął w stronę plaży, "prasując
ją na gorąco"! Tym "kosiakiem" zmusił wszystkich do
padania plackiem na plażę, przewalając się w pełnej krasie
lawiną metalu i ognia! Kto mógł, ratował się ucieczką pod
stromy brzeg lub wskakiwał szybko do morza. Po wyprowadzeniu i
głębokim nawrocie stwierdził z satysfakcją, że tłum nieco się
przerzedził, a ów delikwent niesympatyczny i bez poczucia fantazji
gdzieś zniknął w tym tłumie. Z racji tego, że pilotom myśliwskim
od początku wpajano, że zawsze swoje zadania mają wykonywać
sumiennie i dokładnie - ponowił nalot. Podczas zachodzenia do
kolejnego przelotu zauważył małą grupkę ludzi, którzy
najwyraźniej się nie przejęli tym ostatnim "kosiakiem".
Pilot odebrał to jako policzek dla całego wręcz lotnictwa! Trzecie
"prasowanie plaży" wykonał szczególnie starannie,
pozostawiając już za sobą pustą przestrzeń, opuszczone koce i
rozrzucone rzeczy. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i
niezachwianym wewnętrznym przekonaniem, że lotnictwo polskie jest
potęgą, wracał lotem koszącym na lotnisko. Po wylądowaniu kpt.
pil. Roman Zieliński udał się do domku pilota, aby omówić
ćwiczenia z młodymi lotnikami. W trakcie omawiania ćwiczeń na
lotnisko przyjechała wcześniej zapowiadana inspekcja z DWL. Po
chwili dowódca pułku poprosił kpt. Zielińskiego, aby ten
natychmiast udał się do przybyłych oficerów. Od razu zauważył
twarz generała, która dawała mu do zrozumienia, że chodzi o
wydarzenia na plaży. Z wielkim trudem przyszłoby tutaj opisać, co
przeżywał pilot, kiedy z ust generała leciały... Te zdania
popsułyby humor największemu entuzjaście polskich skrzydeł.
O
przykrych rzeczach piloci nie lubią wspominać nawet po tak długim
okresie. Od tej popołudniowej, lipcowej rozmowy z generałem pilot
oprócz własnych spodni, nigdy i nigdzie nic nie "prasował",
a mężczyzną wymachującym pięścią na plaży był właśnie sam
generał ze świtą, który przed inspekcją w 26. PLM postanowił
skorzystać z pięknej pogody, rozkoszując się urokami
kołobrzeskiej plaży.
Dziś, po latach, kiedy szukamy pilotów i
wspólnie razem sięgamy z nimi pamięcią do tamtych czasów, gra w
nas wszystkich nutka rozrzewnienia, gdyż był to chyba czas
najpiękniejszego okresu. Nasze lotnictwo wojskowe było naprawdę
potęgą, a fantazja latania dorównywała niemalże mitycznemu
Ikarowi.
Tekst Krzysztof Kirschenstein
zdjęcia Miłosz Rusiecki, Robert Rek, Krzysztof Gładkij i z archiwum
autora










