Jesienią
1955 roku do 34 PLM MW przychodzi meldunek z dowództwa korpusu, że
będą leciały cele kontrolne od strony zachodniej z kierunkiem
wschodnim. W tym celu dowódca pułku kpt. mar. pil. Bronisław Siwy
oraz zastępca dowódcy 34 PLM MW do spraw pilotażu - kpt. mar. pil. Lesław
Węgrzynowski mają wyznaczyć parę samolotów, które zlokalizują
i przechwycą ów cel. Do tego ćwiczenia wyznaczeni są dwaj piloci; po
skonsultowaniu się z dowódcą I eskadry por. pil. Zdzisławem
Ostałowskim wspólnie zadecydowano, że to właśnie z tej eskadry
zostaną wytypowani ci, którzy polecą na to zadanie - por. pil.
Stanisław Żeliszczak jako prowadzący i por. pil. Leon Karkut,
który parę tygodni temu zdobył zaszczytny tytuł „pilot as”.
Para samolotów Lim-2 wystartowała z kursem 136 w godzinach
popołudniowych, nie mając sprzyjających warunków (przy pełnym
zachmurzeniu i i niskiej podstawie chmur). Po s
tarcie para skierowała
się na kurs zachodni, nabierając wysokość 11 tys. metrów. Po
kilkunastu minutach od startu piloci osiągnęli nakazaną wysokość. Po
ukazaniu się celów na ekranie stacji nawigatorzy pułku skierowali
parę na kurs 270 stopni w rejon Słupska. Para prowadzona przez por.
Żeliszczaka jest już na nakazanej wysokości, trzymając prędkość
720 km/h. Będąc na tej wysokości, mogli wzrokowo zlustrować
przestrzeń, gdyż chmury mieli już tylko pod sobą. O tym, że
sprzęt radiolokacyjny w tym czasie był jeszcze nie najlepszy,
wiedzieli nie tylko piloci. Będąc na wysokości Słupska,
dostali komendę zmiany kursu na 90. Usłyszeli w słuchawkach: „Cel
przed wami”. Nawigatorzy gdyńskiego pułku najprawdopodobniej
zapomnieli, że również 28 PLM w tym czasie też podrywał swoją
parę, która miała za zadanie przechwycić cele kontrolne. W tym
momencie prowadzący parę por. Żeliszczak z por. Karkutem pędzili
na maksymalnej prędkości, goniąc cel, którego nie mogli w żaden
sposób dogonić ani nawet dostrzec.
Niestety nie wiedzieli oni o
tym, że w tym czasie komendy, które płynęły z ich pułku, nie
były kierowane do nich, lecz omyłkowo podawane dla pary słupskiej.
Nawigatorzy cały czas podawali własnej parze błędne koordynaty
zmiany kursu z 90 stopni do 0. Piloci ze Słupska szybko uporali się
z postawionym zadaniem i przechwycili swoje cele. Po wykonaniu
zadania wrócili na macierzyste lotnisko. Nawigatorem w Słupsku tego
dnia był mjr pil. Topolnicki, osoba szeroko znana na szczeblu
centralnym Wojsk Lotniczych i OPK
. W tym momencie jeden z nawigatorów
zorientował się, że jest coś nie tak. Podał natychmiastową
zmianę kursu na 240 stopni. Sami piloci, dla których było dziwne,
że mają co chwilę zmianę kursu, teraz zorientowali się, że są
prawdopodobnie nad obcym terytorium - gdzieś na wysokości
wschodnich granic Szwecji. Prowadzący parę por. Żeliszczak
powiadomił swojego kolegę, że nie mają chyba dobrego kursu
podanego z ziemi, gdyż wskazania ARK (automatyczny radiokompas)
dawało im kurs 30 stopni. Dostroili wskaźnik, aby wskazywał 0 i po
przełączeniu na sygnał radiostacji prowadzącej było słychać
radio z ziemi.
Piloci postanowili natychmiast obniżyć lot do
wysokości 200 metrów, aby zejść poniżej grubej warstwy chmur i
dokładniej upewnić się, gdzie się teraz znajdują. Nie mogli
uwierzyć, kiedy wyłaniając się z chmur, dostrzegli obce im
tereny. Od razu p
rzyjęli, że są to brzegi Bornholmu. Teraz już
nie mieli żadnych złudzeń, iż nawigatorzy pomylili ich z inną
parą i w dodatku jeszcze zgubili. Lotnicy natychmiast przyjęli kurs
180 stopni; trzymając wysokość 200 metrów, dolecieli do brzegu w
rejonie Koszalina, gdzie wznieśli się do 1200 metrów. Podczas
skrętu w lewo ukazało im się lotnisko w Słupsku. W tym czasie
prowadzony por. Leon Karkut powiadomił swojego kolegę, że kończy
mu się paliwo i że muszą natychmiast lądować z prostej. Po
nawiązaniu łączności prowadzony por. Stanisław Żeliszczak
sprowadził najpierw swojego kolegę, któremu w trakcie dobiegu
wyłączył się silnik na końcu pasa. Następnie wylądował po
ciasnym wirażu por. Żeliszczak, który skołował na CPPS, mając w
zbiorniku jeszcze około 120 litrów paliwa.
W takim wypadku
instrukcja wyraźnie mówiła, że w przypadku lądowania lub utraty
orientacji, po wylądowaniu należy przeprowadzić dochodzenie w
sprawie przyczyn. W tym momencie podjechał samochodem mjr pil.
Topolnicki nawigator 28 PLM i zawiózł obu pilotów na SD
(stanowisko dowodzenia), gdzie czekała na nich już komisja
składająca się z oficerów ZSRR. Ci natychmiast przystąpili do
przesłuchania tylko por. pil. Stanisława Żeliszczaka, gdyż to on
był prowadzącym i zarazem odpowiedzialnym za wydawane komendy
swojemu prowadzonemu. Głównym celem przesłuchania było
jednoznaczne ustalenie, czy cała ta sytuacja nie była próbą
ucieczki pilotów za granicę. Por. Żeliszczaka przesłuchiwano
osiem razy w ciągu kilku godzin. Kontrola wykazała, że porucznik
Żeliszczak nie posiadał przy sobie mapnika wraz z wyposażeniem. Ów
pilot tłumaczył się, że podczas zajmowania alarmowo miejsca w
swym samolocie, w biegu zostawił swój mapnik pod samolotem, a w
locie nie był mu potrzebny. Około godz. 23.00 por. Żeliszczak
został odprowadzony do jednego z pomieszczeń w celu odebrania
telefonu z CSD WOPK. Oficer poinformował go, że sprawa została w
tej chwili zamknięta.
Następnego dnia do 28 PLM przyleciał
samolotem An-2 dowódca 34 PLM MW kpt. mar. pil. Bronisław Siwy,
aby zabrać obu pilotów do jednostki na Babich Dołach. Natomiast
kpt. mar. pil. Lesław Węgrzynowski wraz z innym pilotem przebazowali
samoloty do 34 PLM MW. Po wylądowaniu na macierzystym lotnisku
natychmiast obaj piloci w towarzystwie dowódcy pułku udali się na
rozmowę do dowódcy 33 Dywizji Lotnictwa Marynarki Wojennej kmdr
pil. Bogdana Pauczaka, gdzie po krótkiej i rzeczowej rozmowie
wrócili do swoich obowiązków, pełniąc dalej regularną służbę
w 34 PLM MW.
Tekst
Krzysztof Kirschenstein
Zdjęcia
z archiwum autora



