Wyszukiwarka

Aviateam.pl na Facebook

Katastrofa lotnicza w śródmieściu Poznania

Kategoria: Katastrofy i incydenty Utworzony: 2012-10-11 Autor: Kirschenstein Krzysztof

10 czerwca 1952 roku 21 Pułk Lotnictwa Zwiadowczego bazujący na lotnisku Ławica koło Poznania miał tego dnia zaplanowane loty wg ćwiczenia nr 8 po kręgu, młodego rocznika w DZWA. Piloci tego dnia wykonywali je na samolotach bombowych Pe-2, które pełniły w pułku rolę rozpoznawczą. Trzyosobowa załoga promocji grudniowej 1951 roku z II eskadry dowodzonej w tym czasie przez kpt. pil. Tadeusza Plezia miała wykonywać ww. ćwiczenie w składzie: chorąży pil. Zdzisław Lara, chor. nawigator Stanisław Kuc oraz kapral strzelec radiotelegrafista Józef Bednarek.

Po zapoznaniu się wcześniej z warunkami od dyżurnego meteorologa załoga przyjęła samolot od personelu technicznego i po sprawdzeniu wszystkich czynności przedstartowych pilot rozpoczął kołowanie samolotu Pe-2 o nr 14353 do startu z kursem zachodnim 280 około godz. 08:15. Kierownikiem lotów tego dnia był zastępca dowódcy ds. pilotażu kpt. pil. Henryk Jabłoński. Pozostali piloci uczestniczący tego dnia w lotach obserwowali każdą załogę od chwili startu do momentu lądowania (był taki obowiązek). Start samolotu chor. Lary oraz wejście na 1 i 2 zakręt, załoga samolotu Pe-2 wykonywała prawidłowo, jednak przy dolocie na 3 zakręt, kiedy samolot leciał od strony dzielnicy Starołęka w kierunku lotniska, pilot wypuścił podwozie. Samolot był na wysokości około 100 metrów.

Po chwili KL krzyknął do chor. Lary: "Nie rób zwisów, idź po prostej", na co pilot odpowiedział, że ma problemy z prawym silnikiem. Po chwili awarii uległ też i lewy silnik. Chor. Lara chciał awaryjnie lądować na Łęgach Dębińskich nad Wartą, jednak w ostatniej chwili zauważył tam grające w piłkę dzieci. Kontynuując dramatyczny lot, próbował bezskutecznie znaleźć dogodne miejsce na przymusowe lądowanie. KL, którym był kpt. pil. Henryk Jabłoński, mimo ciągłych wskazówek nie był w stanie już pomóc załodze. W ostatniej chwili zapytał stojącego obok nawigatora chor. Mariana Przybysza: "Czy widzisz swój samolot zniżający się nad miastem?" (Marian Przybysz miał lecieć tym samolotem i wykonywać to samo zadanie, ale zamienił się wcześniej z chor. Kuciem). Samolot był nad horyzontem i niebezpiecznie obniżał się, znikając nad miastem. Po chwili obserwujący lot kolegów, piloci oraz personel techniczny ujrzeli obłok gęstego, czarnego dymu. Samolot zawadził o dach budynku Robotniczej Spółdzielni Pracy przy skrzyżowaniu i uderzył w skarpę przyczółka budowanego wtedy mostu Królowej Jadwigi. Siła uderzenia wyrzuciła go w górę, po czym samolot uderzył w słup trakcji tramwajowej i runął na ulicę.

Na skutek upadku natychmiast eksplodowało paliwo, pożar ogarnął drzewa i uszkodził okoliczne domy. Katastrofa wydarzyła się w śródmieściu Poznania, na skrzyżowaniu ulic Droga Dębińska, Królowej Jadwigi (wtedy Marchlewskiego) oraz Garbary, po południowej stronie tego skrzyżowania. Na miejscu katastrofy zginęli dowódca załogi chor. pil. Zdzisław Lara i kapral Józef Bednarek (strzelec-radiotelegrafista). Trzeci członek załogi chor. Stanisław Kuć (nawigator) zdołał przeżyć moment upadku samolotu gdyż przed uderzeniem podwoziem w dach baraku magazynowego ( były odciski na dachu ), nawigator otworzył właz najprawdopodobniej z zamiarem wyskoku ze spadochronem, ale wysokość była już za mała. Podczas uderzenia kołami o dach baraku, Kuć wypadł z kabiny na stertę kamieni brukowych, jednak ciężko ranny po kilku godzinach zmarł w szpitalu. Może gdyby zatrzymany w tym czasie kierowca nie odmówił zabrania go natychmiast do szpitala, pilot zdołałby przeżyć tę katastrofę? ) Dowódca pułku mjr pil. Andriej Dubowoj natychmiast przerwał loty. Niestety personel lotniczy na miejsce katastrofy udał się dopiero po obiedzie. Piloci nie byli dopuszczani w miejsce katastrofy. Po niespełna kilku godzinach od ich przybycia na miejscu katastrofy dosyć szczegółowo zebrano wszystkie szczątki rozbitego samolotu. Wszyscy zdali sobie sprawę, że doszło do tragicznej w skutkach katastrofy z udziałem ofiar cywilnych. Oprócz trzech członków załogi zginęło na miejscu pięć osób (trzech robotników i dwóch przechodniów.

W późniejszym czasie doliczono się jeszcze około dziesięciu rannych, którzy przebywali w obrębie katastrofy samolotu Pe-2. Badaniem katastrofy zajęła się natychmiast komisja pod przewodnictwem ówczesnego szefa DWL, generała Iwana Turkiela, który w tym czasie kierował polskim lotnictwem do 1956 roku. Ciekawostką jest to, że w składzie komisji o dziwo był tylko jeden polski oficer i to najniższy rangą (czy taki skład komisji mógł zagwarantować obiektywne wyjaśnienie tej katastrofy, mając na uwadze przede wszystkim stan techniczny samolotu pochodzącego właśnie z ZSRR?). Po wstępnych oględzinach stwierdzono, że prawy silnik samolotu pilotowanego przez chor. Larę nagle przestał działać. Nastąpiło rozczelnienie tulei cylindrów, ale mimo tego komisja uznała, że winę za katastrofę mimo defektu silnika ponosił pilot. Lotnik rzekomo miał zawinić "panicznym strachem i nieprawidłowym podejściem do awaryjnego lądowania". Po tych wstępnych analizach komisja działała wyjątkowo szybko, kierując się rzecz jasna w tych czasach względami politycznymi, a za fakt niech posłuży chociażby przykład, że nie badano, kiedy i w jakim czasie tego feralnego lotu doszło do awarii, ponadto nie sprawdzając nawet drugiego silnika. Nie dowiemy się już nigdy, czy drugi silnik również działał poprawnie (naoczni świadkowie tragedii mówili, że samolot chor. Lary przed upadkiem leciał bezgłośnie, z wyłączonymi silnikami - pilot jeszcze myślał w tym momencie prawidłowo i wyłączył iskrowniki). Cztery dni później gen. Ivan Turkiel polecił zbadanie wszystkich silników samolotów Pe-2, a dokładniej polecił "sprawdzić hermetyczność górnego uszczelnienia tulei cylindrów".

Prawdopodobnie wykryto powtarzającą się wadę techniczną. W wyniku tej kontroli, która miała miejsce w lipcu 1952 roku, zdemontowano sześć silników, cztery naprawiono bez demontażu, wymieniono też bloki silnikowe. Lotnicy mieli świadomość, że samoloty ich nie były szczytem marzeń i nader często zdarzały się podobne awarie nie tylko silników. Z relacji pilotów, którzy tego dnia przebywali na lotnisku w chwili katastrofy i do dziś żyją, nawet po 60 latach wspominają, iż pilot nie wystrzegł się błędów: powinien starać się lądować na polu przymusowego lądowania, które w tym czasie były wokół Poznania; każdy latający pilot miał obowiązek je znać. Chor. pil. Zdzisław Lara próbował lądować z wypuszczonym podwoziem na tak małym obszarze, jakim było wspomniane wyżej miejsce.

Miesiąc później, 15 lipca 1952 roku, podobna awaria przydarzyła się kolejnej załodze wykonującej lot w DZWA. Chwilę po starcie do lotu w formacji "klucz samolotów" pilotujący samolot Pe-2 ppor. pil. Kazimierz Niewiadomski oraz chor. nawigator Marian Przybysz, zbliżając się do formowania klucza, zmuszeni byli lądować na brzuchu 13 km na zachód od lotniska Ławica w Poznaniu w miejscowości Jankowice z kursem od lotniska 278 stopni. Załoga miała ogromne szczęście, że w czasie bocznego poślizgu, czubkiem skrzydła trafiła na dużą akację, która weszła między dźwigary skrzydła i doszła aż do prawego silnika. Jednocześnie został ścięty ogonem słup telegraficzny. Ogon samolotu Pe-2 natychmiast ułamał się. Załoga odniosła lekkie obrażenia, zaś samolot przeznaczono już tylko do kasacji.


Tekst Krzysztof Kirschenstein
Zdjęcia z archiwum Krzysztofa K. Kazimierczaka i autora.

PS. Dziękuję Panom Marianowi Przybyszowi i Januszowi Próchniakowi za pomoc w zrealizowaniu niniejszego materiału oraz Panu Krzysztofowi K. Kazimierczakowi za udostępnienie zdjęć z katastrofy.