10
czerwca 1952 roku 21 Pułk Lotnictwa Zwiadowczego bazujący na
lotnisku Ławica koło Poznania miał tego dnia zaplanowane loty w
g ćwiczenia nr 8 po kręgu, młodego rocznika w DZWA. Piloci
tego dnia wykonywali je na samolotach bombowych Pe-2, które pełniły
w pułku rolę rozpoznawczą. Trzyosobowa załoga promocji grudniowej
1951 roku z II eskadry dowodzonej w tym czasie przez kpt. pil.
Tadeusza Plezia miała wykonywać ww. ćwiczenie w
składzie: chorąży pil. Zdzisław Lara, chor. nawigator Stanisław
Kuc oraz kapral strzelec radiotelegrafista Józef Bednarek.
Po zapoznaniu się wcześniej z warunkami od dyżurnego meteorologa załoga przyjęła samolot od personelu technicznego i po sprawdzeniu wszystkich czynności przedstartowych pilot rozpoczął kołowanie samolotu Pe-2 o nr 14353 do startu z kursem zachodnim 280 około godz. 08:15. Kierownikiem lotów tego dnia był zastępca dowódcy ds. pilotażu kpt. pil. Henryk Jabłoński. Pozostali piloci uczestniczący tego dnia w lotach obserwowali każdą załogę od chwili startu do momentu lądowania (był taki obowiązek). Start samolotu chor. Lary oraz wejście na 1 i 2 zakręt, załoga samolotu Pe-2 wykonywała prawidłowo, jednak przy dolocie na 3 zakręt, kiedy samolot leciał od strony dzielnicy Starołęka w kierunku lotniska, pilot wypuścił podwozie. Samolot był na wysokości około 100 metrów.
Po chwili KL krzyknął do chor. Lary: "Nie rób
zwisów, idź po prostej", na co pilot odpowiedział, że ma
problemy z prawym silnikiem. Po chwili awarii uległ też i lewy
silnik. Chor. Lara chciał awaryjnie lądować na Łęgach Dębińskich
nad Wartą, jednak w ostatniej chwili zauważył tam grające w piłkę
dzieci. Kontynuując dramatyczny lot, próbował bezskutecznie znaleźć
dogodne miejsce na przymusowe lądowanie. KL, którym był kpt. pil. Henryk
Jabłoński, mimo ciągłych wskazówek nie był w stanie już pomóc
załodze. W ostatniej chwili zapytał stojącego obok nawigatora
chor. Mariana Przybysza: "Czy widzisz swój samolot
zniżający się nad miastem?" (Marian Przybysz miał lecieć
tym samolotem i wykonywać to samo zadanie, ale zamienił się
wcześniej z chor. Kuciem). Samolot był nad horyzontem i
niebezpiecznie obniżał się, znikając nad miastem. Po
chwili obserwujący lot kolegów, piloci oraz personel techniczny
ujrzeli obłok gęstego, czarnego dymu. Samolot zawadził o dach
budynku Robotniczej Spółdzielni Pracy przy skrzyżowaniu i uderzył
w skarpę przyczółka budowanego wtedy mostu Królowej Jadwigi. Siła
uderzenia wyrzuciła go w górę, po czym samolot uderzył w słup
trakcji tramwajowej i runął na ulicę.
Na skutek upadku natychmiast
eksplodowało paliwo, pożar ogarnął drzewa i uszkodził okoliczne
domy. Katastrofa wydarzyła się w śródmieściu Poznania, na
skrzyżowaniu ulic Droga Dębińska, Królowej Jadwigi (wtedy
Marchlewskiego) oraz Garbary, po południowej stronie tego
skrzyżowania. Na miejscu katastrofy zginęli dowódca załogi chor.
pil. Zdzisław Lara i kapral Józef Bednarek
(strzelec-radiotelegrafista). Trze
ci członek załogi chor. Stanisław
Kuć (nawigator) zdołał przeżyć moment upadku samolotu gdyż przed uderzeniem podwoziem w dach baraku magazynowego ( były odciski na dachu ), nawigator otworzył właz najprawdopodobniej z zamiarem wyskoku ze spadochronem, ale wysokość była już za mała. Podczas uderzenia kołami o dach baraku, Kuć wypadł z kabiny na stertę kamieni brukowych, jednak ciężko
ranny po kilku godzinach zmarł w szpitalu. Może gdyby zatrzymany w
tym czasie kierowca nie odmówił zabrania go natychmiast do
szpitala, pilot zdołałby przeżyć tę katastrofę? ) Dowódca pułku
mjr pil. Andriej Dubowoj natychmiast przerwał loty. Niestety
personel lotniczy na miejsce katastrofy udał się dopiero po
obiedzie. Piloci nie byli dopuszczani w miejsce katastrofy. Po niespełna kilku godzinach od ich przybycia na miejscu
katastrofy dosyć szczegółowo zebrano wszystkie szczątki rozbitego
samolotu. Wszyscy zdali sobie sprawę, że doszło do tragicznej w
skutkach katastrofy z udziałem ofiar cywilnych. Oprócz trzech
członków załogi zginęło na miejscu pięć osób (trzech
robotników i dwóch przechodniów.
W późniejszym czasie doliczono
się jeszcze około dziesięciu rannych, którzy przebywali w obrębie
katastrofy samolotu Pe-2. Badaniem katastrofy zajęła się
natychmiast komisja pod przewodnictwem ówczesnego szefa DWL,
generała Iwana Turkiela, który w tym czasie kierował polskim
lotnictwem do 1956 roku. Ciekawostką jest
to, że w składzie komisji o dziwo był tylko jeden polski oficer i
to najniższy rangą (czy taki skład komisji mógł zagwarantować
obiektywne wyjaśnienie tej katastrofy, mając na uwadze przede
wszystkim stan techniczny samolotu pochodzącego właśnie z ZSRR?).
Po wstępnych oględzinach stwierdzono, że prawy silnik samolotu
pilotowanego przez chor. Larę nagle przestał działać. Nastąpiło
rozczelnienie tulei cylindrów, ale mimo tego komisja uznała, że
winę za katastrofę mimo defektu silnika ponosił pilot. Lotnik
rzekomo miał zawinić "panicznym strachem i nieprawidłowym
podejściem do awaryjnego lądowania". Po tych wstępnych analizach
komisja działała wyjątkowo szybko, kierując się rzecz jasna w
tych czasach względami politycznymi, a za fakt niech posłuży
chociażby przykład, że nie badano, kiedy i w jakim czasie tego
feralnego lotu doszło do awarii, ponadto nie sprawdzając nawet drugiego
silnika. Nie dowiemy się już nigdy, czy drugi silnik również
działał poprawnie (naoczni świadkowie tragedii mówili, że
samolot chor. Lary przed upadkiem leciał bezgłośnie, z wyłączonymi
silnikami - pilot jeszcze myślał w tym momencie prawidłowo i wyłączył iskrowniki). Cztery dni później gen.
Ivan Turkiel polecił zbadanie wszystkich silników samolotów Pe-2,
a dokładniej polecił "sprawdzić hermetyczność górnego uszczelnienia
tulei cylindrów".
Prawdopodobnie wykryto powtarzającą się wadę
techniczną. W wyniku tej kontroli, która miała miejsce w lipcu
1952 roku, zdemontowano sześć silników, cztery naprawiono bez
demontażu, wymieniono też bloki silnikowe. Lotnicy mieli
świadomość, że samoloty ich nie były szczytem marzeń i nader
często zdarzały się podobne awarie nie tylko silników. Z relacji
pilotów, którzy tego dnia przebywali na lotnisku w chwili
katastrofy i do dziś żyją, nawet po 60 latach wspominają, iż pilot nie wystrzegł się błędów: powinien starać się lądować na polu
przymusowego lądowania, które w tym czasie były wokół Poznania;
każdy latający pilot miał obowiązek je znać. Chor. pil. Zdzisław
Lara próbował lądować z wypuszczonym podwoziem na tak małym
obszarze, jakim było wspomniane wyżej miejsce.
Miesiąc później, 15 lipca 1952 roku, podobna awaria przydarzyła się
kolejnej załodze wykonującej lot w DZWA. Chwilę po starcie
do lotu w formacji "klucz samolotów" pilotujący samolot Pe
-2
ppor. pil. Kazimierz Niewiadomski oraz chor. nawigator Marian
Przybysz, zbliżając się do formowania klucza, zmuszeni byli lądować
na brzuchu 13 km na zachód od lotniska Ławica w Poznaniu w
miejscowości Jankowice z kursem od lotniska 278 stopni. Załoga
miała ogromne szczęście, że w czasie bocznego poślizgu, czubkiem
skrzydła trafiła na dużą akację, która weszła między
dźwigary skrzydła
i doszła aż do prawego silnika. Jednocześnie został ścięty ogonem słup
telegraficzny. Ogon samolotu Pe-2 natychmiast ułamał się. Załoga
odniosła lekkie obrażenia, zaś samolot przeznaczono już
tylko do kasacji.
Tekst
Krzysztof Kirschenstein
Zdjęcia
z archiwum Krzysztofa K. Kazimierczaka i autora.
PS.
Dziękuję Panom Marianowi Przybyszowi i Januszowi Próchniakowi za
pomoc w zrealizowaniu niniejszego materiału oraz Panu Krzysztofowi
K. Kazimierczakowi za udostępnienie zdjęć z katastrofy.









