Na
jednym z dużych zgrupowań, które zorganizowano na lotnisku w
Świdwinie dowództwo dywizji zgrupowało wybranych pilotów z
podległych pułków myśliwskich do udziału w zawodach
o tytuł "Załogi Wyborowej". W zgrupowaniu brali udział piloci z różnych
pułków lotniczych, wśród których był m.in. por. pil. Jerzy
Kozarek, pilot 3 Eskadry Lotniczej 40 pilskiego pułku myśliwskiego.
W tym czasie dowódcą 3 eskadry był kpt. pil. Stanisław
Michniewicz, a dowódcą pułku mjr pil. Stanisław Kowal. Tak się
złożyło, że w tym czasie do wsi Luboradza przyjechała kuzynka
por. Kozarka wraz ze swoją mamą, nauczycielką z Łodzi, która w
czasie wakacji szukała trochę spokoju i odpoczynku, aby oderwać
się od codziennych prac wychowawczych z młodzieżą. Obie panie
zamieszkały nad jeziorem w wynajętym na ten okres domku, który
mieścił się we wsi Luboradza koło m. Barwice.
Domek był
murowany, kryty czerwoną dachówką o dwustronnie spadzistym dachu i
z dwoma wysokimi kominami. Zbudowany został nad samym jeziorem, a od
strony lądu osłaniało go wzgórze porośnięte drzewami. Było to
idealne miejsce na wymarzony odpoczynek. Parę dni po zatrzymaniu się
swoich krewnych por. Kozarek czekał teraz tylko na okazję, aby jak
najszybciej odwiedzić swoich bliskich. Któregoś dnia nastąpiła
upragniona przerwa w egzaminach i pilot szybko z niej skorzystał,
odwiedzając obie krewne. Sylwia, młoda dziewczyna, chociaż była
to daleka krewna, zrobiła wrażenie na pilocie, który z niekłamaną
radością chwalił się przed nią swoim wymarzonym zawodem,
obiecując na koniec, że któregoś dnia przyleci nad domek pokazać
się na swoim samolocie myśliwskim. Już na samą taką zapowiedź
oczy dziewczyny błyszczały zainteresowaniem i młody por. urastał
na wielkiego bohatera przestworzy.
Dziewczyna widziała go już w
kabinie szybkiego jak błyskawica myśliwca i do tego roześmianego,
wykonującego karkołomne ewolucje
w powietrzu tylko dla niej, tu nad
ich wynajętym domkiem. Któregoś kolejnego dnia w czasie trwania
zawodów powstały problemy z podnoszeniem rękawa i ten
najważniejszy element niewykonany groził przedłużeniem czasu
trwania zawodów. Komisja egzaminacyjna zdecydowała zamienić
strzelanie z ostrej amunicji na strzelanie z fotokarabinów, a ich
wyniki postanowiła zaliczyć jako ostre strzelanie. W tym celu
startowały pary samolotów, aby wzajemnie się ostrzelać. Dla por.
Jerzego Kozarka okazja spełnienia obietnicy danej Sylwii sama się
nadarzyła i teraz zamierzał ją spełnić.
26 sierpnia 1955 roku
wystartował o godz. 11.20 z lotniska Świdwin w parze z por. pil.
Ryszardem Kociłowiczem kursem zachodnim na wykonanie ćw. nr 16 wg
PWBLM-52 - "Lot na śledzenie celu w czasie atakowania z tylnej
półsfery". Warunki atmosferyczne tego dnia były następujące:
zachmurzenie 7/10, widzialność 10 km, podstawa chmur 800 m. W
wyznaczonej strefie piloci ostrzelali się wzajemnie z fotokarabinów.
Po zakończeniu zadania zadowoleni pomknęli nad jezioro, gdzie na
jego brzegu dostrzegli czerwony domek, w którym to niczego jeszcze,
się nie spodziewając, odpoczywała urocza Sylwia ze swoją mamą.
Piloci zniżyli lot nad samą powierzchnię wody, na której kołysała
się łódka, a w niej stojący wędkarz. Prowadzony por. Kociłowicz
zauważył wędkarza i błyskawicznie odskoczył w bok. Wynik -
wędkarz nie wytrzymał nerwowo i wskoczył do wody, porzucając swój
sprzęt. Prowadzący parę por. Kozarek nie zwracał na to uwagi.
Interesował go tylko domek widniejący z daleka. Cieszył się, że
zrobi wielką niespodziankę, nadlatując bez uprzedzenia, a przy
okazji napędzi strachu tak niskim przelotem.
Dolatując do brzegu
jeziora, poderwał w górę swojego MiGa-15bis, ale trochę za późno,
bo nad domkiem samolot ledwo się prześlizgnął. Pilot najwyraźniej
zapomniał z wrażenia, że ponad czerwony dach wystają jeszcze dwa
kominy, a za domem wznosił się teren porośnięty drzewami.
Samolotem targnęło, a zaraz potem w
alnęło po skrzydłach zielenią
gałęzi rosnących drzew. Myśliwiec na dużych kątach natarcia nie
dał się jednak pociągnąć do dołu. Wyprysnął do góry ponad
porośnięte drzewami wzniesienie. Porucznikowi zrobiło się gorąco.
Odechciało mu się zawracać i zademonstrować wcześniej
zaplanowane figury pilotażu. Po opanowaniu już całej sytuacji
dołączył do por. Kozarka por. Kociłowicz i para srebrzystych
myśliwców MiG-15bis wracała spokojnie na lotnisko. Po wylądowaniu
samolot myśliwski por. Kozarka zakołował na stojankę. Wychodząc
z kabiny po drabince, pilot był trochę zdziwiony, że mechanicy
zamiast witać go, gapią się dziwnie na jego samolot. Podszedł do
nich i zdrętwiał. Dostrzegł zielone krawędzie natarcia skrzydeł,
gdzie ślad swój zostawiły gałęzie drzew, zmieniając od razu
kolor srebra na zielony. Szybko zauważył, że brakuje pod skrzydłem
jednego zbiornika. Wspólnie z mechanikami bacznie obejrzano i
stwierdzono, że samolot lewym zbiornikiem podwieszonym uderzył w
przeszkodę, którą był stojący na dachu komin, który w połowie
się rozsypał, dziurawiąc piękną, czerwoną dachówkę, a sam
oderwany z zamków powędrował gdzieś w las. W tym momencie
niefrasobliwy pilot zaczął myśleć intensywnie, jak wyjść z tej
opresji.
Jak się wytłumaczyć? Mechanicy, oglądając skrupulatnie
samolot, kręcili głowami i nie mogli się nadziwić, że po takim
zderzeniu samolot mógł nadal latać. W tym czasie telefonowała już
milicja, informując, że samolot najprawdopodobniej z tego lotniska
rozwalił chałupę nad jeziorem. Dowódca pułku mjr pil. Stanisław
Kowal w tej sytuacji zmuszony był odesłać por. pil. Jerzego
Kozarka do dow
ództwa dywizji. W tym samym czasie w domku gospodynie
wykazały się niespodziewanym refleksem. Mama Sylwii szybko
zatelefonowała do swojej szkoły i znajomych w Łodzi, informując,
że piorun uderzył w komin domu, uszkadzając też część dachu.
Prosiła o szybkie przysłanie grupy remontowej do naprawienia
szkody. Grupa remontowa zjawiła się szybciej niż powołana komisja
do zbadania wypadku. Po przybyciu na miejsce komisja była
zaskoczona, bo dom stał cały, a kominy były na swoim miejscu, więc
szkody żadnej nie było. Pozostała sprawa urwanego i zgubionego
zbiornika paliwa oraz naruszenia dyscypliny - chuligaństwo.
Dowództwo dywizji uznało sprawę za bardzo poważną i skierowano
winowajcę do raportu samego dowódcy wojsk lotniczych. Całą drogę
do Warszawy por. Kozarek układał sobie w głowie obronne
przemówienie. Meldował się na miękkich nogach z przekonaniem, że
będzie to koniec jego lotniczej kariery pilota wojskowego. Generał
broni Iwan Turkiel nie dał mu jednak żadnej szansy tłumaczenia
przyczyn wypadku.
Padło jedno krótkie pytanie:
Boicie
się latać?
- Nie,
obywatelu generale...
No,
to sześć dni aresztu zwykłego i zwrot kosztów utraty zbiornika.
Zrozumieliście?
- Tak
jest, obywatelu generale.
Por.
Kozarek wyskoczył z gabinetu dowódcy, jakby się na nowo narodził.
Po raz drugi miał szczęście, gdyż generał był też kiedyś
pilotem, sam lubił pilotów i wiele razy dawał przykłady
tolerancyjnego traktowania wybryków młodzieży lotniczej. Tak było
i tym razem. Por. Kozarek zameldował się w komendzie garnizonu
zgodnie z rozkazem, ale okazało się, że w areszcie nie ma wolnego
miejsca, więc wrócił do swojej jednostki w Pile. Po tygodniu, gdy
już myślał, że sprawa przycichła - zadzwonił
telefon...
Okazało
się, że jest wolne miejsce w areszcie, więc rad nierad spakował
niezbędne przybory toaletowe i zgłosił się na odbycie kary.
Siedząc w samotności, rozpatrywał swoją winę i jak do niej
doszło. Jedynym pocieszeniem było to, że gdyby zawadził o komin
skrzydłami, byłaby to już katastrofa. Zbiornik paliwowy
podwieszony pod skrzydłem samolotu zamortyzował, złagodził
zderzenie i nie pociągnął maszyny do dołu. Pomogło też to, że
w ostatnich sekundach pilot podciągnął stery ostro na siebie i
zrobił duże kąty natarcia. Gnębiła go tylko jedna sprawa - nie
wyrzuty sumienia i utrata opinii bohatera w oczach Sylwii, bo stało
się odwrotnie. Dziewczyna jeszcze bardziej podziwiała pilota i jego
brawurowy lot. Pozostała sprawa finansowa - zapłaty za zbiornik i
urwane zamki podwieszenia zbiorników. Ale czas robił swoje. Sprawa
powoli przycichła, a wraz z nią marzenia o zdobyciu tytułu "Załogi
Wyborowej".
Tekst
Krzysztof Kirschenstein
Zdjęcia
z archiwum autora




