Wyszukiwarka

Aviateam.pl na Facebook

Brawurowy lot por. Jerzego Kozarka

Kategoria: Katastrofy i incydenty Utworzony: 2013-07-02 Autor: Kirschenstein Krzysztof

Na jednym z dużych zgrupowań, które zorganizowano na lotnisku w Świdwinie dowództwo dywizji zgrupowało wybranych pilotów z podległych pułków myśliwskich do udziału w zawodach o tytuł "Załogi Wyborowej". W zgrupowaniu brali udział piloci z różnych pułków lotniczych, wśród których był m.in. por. pil. Jerzy Kozarek, pilot 3 Eskadry Lotniczej 40 pilskiego pułku myśliwskiego. W tym czasie dowódcą 3 eskadry był kpt. pil. Stanisław Michniewicz, a dowódcą pułku mjr pil. Stanisław Kowal. Tak się złożyło, że w tym czasie do wsi Luboradza przyjechała kuzynka por. Kozarka wraz ze swoją mamą, nauczycielką z Łodzi, która w czasie wakacji szukała trochę spokoju i odpoczynku, aby oderwać się od codziennych prac wychowawczych z młodzieżą. Obie panie zamieszkały nad jeziorem w wynajętym na ten okres domku, który mieścił się we wsi Luboradza koło m. Barwice.

Domek był murowany, kryty czerwoną dachówką o dwustronnie spadzistym dachu i z dwoma wysokimi kominami. Zbudowany został nad samym jeziorem, a od strony lądu osłaniało go wzgórze porośnięte drzewami. Było to idealne miejsce na wymarzony odpoczynek. Parę dni po zatrzymaniu się swoich krewnych por. Kozarek czekał teraz tylko na okazję, aby jak najszybciej odwiedzić swoich bliskich. Któregoś dnia nastąpiła upragniona przerwa w egzaminach i pilot szybko z niej skorzystał, odwiedzając obie krewne. Sylwia, młoda dziewczyna, chociaż była to daleka krewna, zrobiła wrażenie na pilocie, który z niekłamaną radością chwalił się przed nią swoim wymarzonym zawodem, obiecując na koniec, że któregoś dnia przyleci nad domek pokazać się na swoim samolocie myśliwskim. Już na samą taką zapowiedź oczy dziewczyny błyszczały zainteresowaniem i młody por. urastał na wielkiego bohatera przestworzy.

Dziewczyna widziała go już w kabinie szybkiego jak błyskawica myśliwca i do tego roześmianego, wykonującego karkołomne ewolucje w powietrzu tylko dla niej, tu nad ich wynajętym domkiem. Któregoś kolejnego dnia w czasie trwania zawodów powstały problemy z podnoszeniem rękawa i ten najważniejszy element niewykonany groził przedłużeniem czasu trwania zawodów. Komisja egzaminacyjna zdecydowała zamienić strzelanie z ostrej amunicji na strzelanie z fotokarabinów, a ich wyniki postanowiła zaliczyć jako ostre strzelanie. W tym celu startowały pary samolotów, aby wzajemnie się ostrzelać. Dla por. Jerzego Kozarka okazja spełnienia obietnicy danej Sylwii sama się nadarzyła i teraz zamierzał ją spełnić.

26 sierpnia 1955 roku wystartował o godz. 11.20 z lotniska Świdwin w parze z por. pil. Ryszardem Kociłowiczem kursem zachodnim na wykonanie ćw. nr 16 wg PWBLM-52 - "Lot na śledzenie celu w czasie atakowania z tylnej półsfery". Warunki atmosferyczne tego dnia były następujące: zachmurzenie 7/10, widzialność 10 km, podstawa chmur 800 m. W wyznaczonej strefie piloci ostrzelali się wzajemnie z fotokarabinów. Po zakończeniu zadania zadowoleni pomknęli nad jezioro, gdzie na jego brzegu dostrzegli czerwony domek, w którym to niczego jeszcze, się nie spodziewając, odpoczywała urocza Sylwia ze swoją mamą. Piloci zniżyli lot nad samą powierzchnię wody, na której kołysała się łódka, a w niej stojący wędkarz. Prowadzony por. Kociłowicz zauważył wędkarza i błyskawicznie odskoczył w bok. Wynik - wędkarz nie wytrzymał nerwowo i wskoczył do wody, porzucając swój sprzęt. Prowadzący parę por. Kozarek nie zwracał na to uwagi. Interesował go tylko domek widniejący z daleka. Cieszył się, że zrobi wielką niespodziankę, nadlatując bez uprzedzenia, a przy okazji napędzi strachu tak niskim przelotem.

Dolatując do brzegu jeziora, poderwał w górę swojego MiGa-15bis, ale trochę za późno, bo nad domkiem samolot ledwo się prześlizgnął. Pilot najwyraźniej zapomniał z wrażenia, że ponad czerwony dach wystają jeszcze dwa kominy, a za domem wznosił się teren porośnięty drzewami. Samolotem targnęło, a zaraz potem walnęło po skrzydłach zielenią gałęzi rosnących drzew. Myśliwiec na dużych kątach natarcia nie dał się jednak pociągnąć do dołu. Wyprysnął do góry ponad porośnięte drzewami wzniesienie. Porucznikowi zrobiło się gorąco. Odechciało mu się zawracać i zademonstrować wcześniej zaplanowane figury pilotażu. Po opanowaniu już całej sytuacji dołączył do por. Kozarka por. Kociłowicz i para srebrzystych myśliwców MiG-15bis wracała spokojnie na lotnisko. Po wylądowaniu samolot myśliwski por. Kozarka zakołował na stojankę. Wychodząc z kabiny po drabince, pilot był trochę zdziwiony, że mechanicy zamiast witać go, gapią się dziwnie na jego samolot. Podszedł do nich i zdrętwiał. Dostrzegł zielone krawędzie natarcia skrzydeł, gdzie ślad swój zostawiły gałęzie drzew, zmieniając od razu kolor srebra na zielony. Szybko zauważył, że brakuje pod skrzydłem jednego zbiornika. Wspólnie z mechanikami bacznie obejrzano i stwierdzono, że samolot lewym zbiornikiem podwieszonym uderzył w przeszkodę, którą był stojący na dachu komin, który w połowie się rozsypał, dziurawiąc piękną, czerwoną dachówkę, a sam oderwany z zamków powędrował gdzieś w las. W tym momencie niefrasobliwy pilot zaczął myśleć intensywnie, jak wyjść z tej opresji.

Jak się wytłumaczyć? Mechanicy, oglądając skrupulatnie samolot, kręcili głowami i nie mogli się nadziwić, że po takim zderzeniu samolot mógł nadal latać. W tym czasie telefonowała już milicja, informując, że samolot najprawdopodobniej z tego lotniska rozwalił chałupę nad jeziorem. Dowódca pułku mjr pil. Stanisław Kowal w tej sytuacji zmuszony był odesłać por. pil. Jerzego Kozarka do dowództwa dywizji. W tym samym czasie w domku gospodynie wykazały się niespodziewanym refleksem. Mama Sylwii szybko zatelefonowała do swojej szkoły i znajomych w Łodzi, informując, że piorun uderzył w komin domu, uszkadzając też część dachu. Prosiła o szybkie przysłanie grupy remontowej do naprawienia szkody. Grupa remontowa zjawiła się szybciej niż powołana komisja do zbadania wypadku. Po przybyciu na miejsce komisja była zaskoczona, bo dom stał cały, a kominy były na swoim miejscu, więc szkody żadnej nie było. Pozostała sprawa urwanego i zgubionego zbiornika paliwa oraz naruszenia dyscypliny - chuligaństwo. Dowództwo dywizji uznało sprawę za bardzo poważną i skierowano winowajcę do raportu samego dowódcy wojsk lotniczych. Całą drogę do Warszawy por. Kozarek układał sobie w głowie obronne przemówienie. Meldował się na miękkich nogach z przekonaniem, że będzie to koniec jego lotniczej kariery pilota wojskowego. Generał broni Iwan Turkiel nie dał mu jednak żadnej szansy tłumaczenia przyczyn wypadku.

Padło jedno krótkie pytanie:
Boicie się latać?
- Nie, obywatelu generale...
No, to sześć dni aresztu zwykłego i zwrot kosztów utraty zbiornika. Zrozumieliście?
- Tak jest, obywatelu generale.

Por. Kozarek wyskoczył z gabinetu dowódcy, jakby się na nowo narodził. Po raz drugi miał szczęście, gdyż generał był też kiedyś pilotem, sam lubił pilotów i wiele razy dawał przykłady tolerancyjnego traktowania wybryków młodzieży lotniczej. Tak było i tym razem. Por. Kozarek zameldował się w komendzie garnizonu zgodnie z rozkazem, ale okazało się, że w areszcie nie ma wolnego miejsca, więc wrócił do swojej jednostki w Pile. Po tygodniu, gdy już myślał, że sprawa przycichła - zadzwonił telefon...

Okazało się, że jest wolne miejsce w areszcie, więc rad nierad spakował niezbędne przybory toaletowe i zgłosił się na odbycie kary. Siedząc w samotności, rozpatrywał swoją winę i jak do niej doszło. Jedynym pocieszeniem było to, że gdyby zawadził o komin skrzydłami, byłaby to już katastrofa. Zbiornik paliwowy podwieszony pod skrzydłem samolotu zamortyzował, złagodził zderzenie i nie pociągnął maszyny do dołu. Pomogło też to, że w ostatnich sekundach pilot podciągnął stery ostro na siebie i zrobił duże kąty natarcia. Gnębiła go tylko jedna sprawa - nie wyrzuty sumienia i utrata opinii bohatera w oczach Sylwii, bo stało się odwrotnie. Dziewczyna jeszcze bardziej podziwiała pilota i jego brawurowy lot. Pozostała sprawa finansowa - zapłaty za zbiornik i urwane zamki podwieszenia zbiorników. Ale czas robił swoje. Sprawa powoli przycichła, a wraz z nią marzenia o zdobyciu tytułu "Załogi Wyborowej".

Tekst Krzysztof Kirschenstein

Zdjęcia z archiwum autora

90
28