Wyszukiwarka

Aviateam.pl na Facebook

Wtopa życia, czyli jak człowiek uczy się na błędach

Kategoria: Z podróży lotniczych Utworzony: 2011-03-08

Spotterem jestem od ok. 7 lat, jednak za największą wtopę mogę uznać 11 grudnia 2010 roku. Wszystko zapowiadało się pięknie – wolny weekend, weather.com zapowiadał super pogodę – nic, tylko się cieszyć. Nic nie zapowiadało klęski, ale o tym później.

Dzięki pracy i częstym wyjazdom mam okazję tym razem być w USA  (po raz kolejny).
3-tygodniowa wizyta, zatem 2 weekendy dla mnie. Pierwszy z nich –  uderzam na Waszyngton. Pobudka 5 rano – szybkie pakowanie. Śniadanie w hotelu jeszcze nie było gotowe, więc musiałem szukać jedzenia po drodze. Na szczęście nie było problemów. Trasa South Boston do Waszyngtonu to łącznie ok 230 mil do pokonania – na szczęście większość autostradą. Założenia na 11 grudnia były takie:
- 2-3 godziny spottingu na KIAD;
- National Air and Space Museum;
- 3-4 godziny na zwiedzanie centrum Waszyngtonu.

Na główne lotnisko Waszyngtonu dojechałem z lekkim opóźnieniem (ok. 10.30). Washington Dulles International Airport (taka jest oficjalna nazwa tego lotniska) posiada 5 dróg startowych i zajmuje ponad 47 km kwadratowych powierzchni. Rocznie obsługuje ponad 23 miliony pasażerów do ok. 125 miejsc na całym świecie. Niestety, pogoda zmusiła mnie do skrócenia pobytu na lotnisku. Poranna mgła nie chciała ustąpić i nie było sensu patrzeć na zamglone maszynki, a szkoda, bo ruch niesamowity – ponad 50% to United Airlines, kiedy jednak na co dzień patrzy się non stop na Ryanair, LOT, easyJet, to nawet w większości United to rarytas.
Czas na muzeum. Steven F. Udvar-Hazy Center znajduje się ok. 5 min. drogi samochodem od głównego terminala KIAD. Wstęp to 15$ od samochodu (opłata parkingowa jest równocześnie opłatą za wstęp do muzeum niezależnie od ilości osób w aucie). Oczywiście nie obejdzie się bez kontroli bezpieczeństwa – zakaz wnoszenia ostrych narzędzi oraz broni (plus pewnie innych rzeczy, ale któż czyta do końca te ulotki).  Muszę przyznać, że Amerykanie, jeśli coś robią, to wykonają to dobrze. Budynek niesamowity pod względem wielkości i ergonomii. Żadna maszyna nie jest na powietrzu – wszystko w wielkich halach i budynkach muzeum.
Po kontroli bezpieczeństwa są 3 drogi, może 4:
- kino 3D (podobno warto ale, się nie skusiłem);
- sklep z pamiątkami;
- muzeum;
- no i oczywiście McDonalds.

Naturalnie wybrałem muzeum. Od samego początku opad szczeny.... SR-71 Blackbird. Nie sądziłem, że go zobaczę w tym muzeum, a tu taka niespodzianka już na wejście. Maszyna niesamowita – zaskoczyła swoim małym rozmiarem (spodziewałem się, że będzie większy). Kilka faktów: prędkość maksymalna – odrobinę ponad 4500km/h operująca na pułapie 24-28 km (samoloty pasażerskie latają ok. 11km nad ziemią). Wyprodukowano łącznie 32 maszyny, z czego 12 uległo wypadkom/zniszczeniu. W tle za SR-71, w wydzielonej części muzeum umieszczono Space Shuttle (prototyp promu kosmicznego Enterprise). Tu, jeżeli chodzi o rozmiar, nie było zaskoczenia. Gigant!!! Nie udało mi się zrobić zdjęcia z boku, nie ucinając kawałka promu...
Aby przejść całe muzeum, potrzeba dobre 5-6 godzin. Poza SR-71 można również zobaczyć: EnolaGay – Boeing B-29 Superfortress (ten samolot zrzucił pierwszą bombę atomową Little Boy na Hiroszimę), pierwszy silnikowy samolot Flyer I skonstruowany w 1903 przez braci Wright, prototyp Boeinga 707,  Concorde’a, samolot Virgin Atlantic GlobalFlyer, w którym w 2005 roku Steve Fossett wykonał samodzielny lot bez międzylądowania dookoła świata, pierwszy prywatny załogowy statek kosmiczny SpaceShipOne, a nawet bliższą nam rakietę V2.

Niemożliwe jest wymienienie tu wszystkich maszyn i eksponatów, które można zobaczyć. Każdy, kto będzie w pobliżu Waszyngtonu, powinien się udać do National Air and Space Museum w tym mieście. Ja spędziłem ok. 4 godzin w samochodzie, aby tam dotrzeć, ale było warto, bo wrażenia niezapomniane.
A na koniec – czemu wtopa życia? Po zrobieniu kilkunastu zdjęć aparat zapiszczał i powiedział: „Battery low”. Ciężko było się powstrzymać od wykrzyczenia znanego polskiego słowa – ale nie wypada. Wniosek z tego prosty: ładujmy baterie. Szczęście w nieszczęściu – na koniec odwiedziłem sklepik, bo przecież skoro nie mam zdjęć, kupię album. Wkurzony szukałem albumu i znalazłem – ale dopadł mnie „manager” i zaczął rozmowę (skąd jestem itp.). Doszło do tematu zdjęć... i dostałem w prezencie album od muzeum. Pozytywnie zaskoczony do albumu dokupiłem bluzę, koszulkę, czapkę, kilka gadżetów... Dostałem również namiary na drugie muzeum, ale o tym w następnym artykule.
3 część, czyli zwiedzanie Waszyngtonu, została skrócona do 2.5 godziny. Wrażeniami z tam spędzonego czasu podzielę się na mojej prywatnej stronie.

tekst i zdjęcia: Piotr Szałach
47
47