Wyszukiwarka

Aviateam.pl na Facebook

Ostrowskie spotkanie nie tylko ze śmigłowcami

Kategoria: Lotnictwo cywilne Utworzony: 2012-06-08 Autor: Kania Jarosław

Ciekawą alternatywą na Dzień Matki, obok zapewne obowiązkowych kwiatów, mogło być ostatnio zabranie nawet obojga rodziców do Michałkowa na spotkanie z maszynami latającymi. O ile nikomu z rodzicieli nie przeszkadzałby przez wielu ulubiony warkot silników samolotowych, byłby to oryginalny sposób spędzenia dnia. Właśnie w siedzibie Aeroklubu Ostrowskiego odbyła się edycja II Festynu Lotniczego zorganizowanego przez Stowarzyszenie "Lotnisko bliżej miasta". Pogoda - najważniejszy chyba element pokazów pod chmurką - dopisała wybornie, nie zalewając uczestników upalnym słońcem, ale pozwalając dogrzewać mu na tyle, by i dobre było światło do zdjęć, i by chłód nikomu nie dokuczał.

Po kilkugodzinnej podróży, z akredytacją w ręku (przesłaną wcześniej przez organizatorów pocztą), zameldowałem się przy lotnisku u pierwszych ludzi funkcyjnych. Wskazano mi miejsce do zaparkowania, a dotarłem tam bez problemów, na każdym miejscu napotykając ludzi kierujących zmotoryzowanych w odpowiednie miejsca. Chwała organizatorom za sprawne działania w tej kwestii. Gdy późnym porankiem ogarnąłem wzrokiem całe miejsce pokazów, nie wyglądało to jakoś jak spore przedsięwzięcie, ale nie dlatego, że były jakieś potknięcia, lecz dlatego, że po prostu wszystko dopiero się rozpoczynało, podnosiło, budowało - balony, miejsca zabaw, reklamy, namioty, stragany itp. Samoloty wśród tego rosnącego miasteczka lotniczego próbowały się skrzętnie ukryć przed wzrokiem gości, ale wprawne oko wychwyci je zaraz, w końcu to dla nich tu większość ludzi przybyła. Głównie uwagę uczestników przyciągały na tę chwilę śmigłowce wojskowe, wśród których królował SH-2G Kaman. Poza nim były również: Mi-2, SW-4 Puszczyk i W-3 Sokół. Z helikopterów prywatnych na uwagę zasługiwały: Robinson R-44 (w tym jeden ze stacji TV w ciągłym zawisie nad miejscem pokazów), Eurocopter EC130B4 czy też stały gość pokazów lotniczych - wiatrakowiec Celier Xenon. Wiele śmiechu wzbudził wojskowy Mi-2, który sporo narozrabiał, "przebazowując się" z centralnego miejsca pokazów na właściwą płytę lotniska. Siłą wirnika poprzewracał barierki ochronne oddzielające publiczność do drogi kołowania, co nie wpłynęło jednak na stan bezpieczeństwa; straty szybko wyrównano, stawiając na wcześniejsze miejsce elementy odgradzające. Równie imponujący był start i przelot SH-2G, jednak już bez niespodzianek, nad głowami widowni, która oklaskiwała każdy popis pilotów. Gwiazdą jednak okazał się niepozorny, ale uroczy SW-4, który tańcem na niebie pokazał swoje możliwości i porwał publiczność reagującą entuzjastycznie na każdy ruch śmigłowca. Tymczasem zlatywały się inne maszyny i z gracją ustawiały się przed samymi barierkami, dając pole do popisu nie tyko dla fotografów, ale wszystkich, którzy mieli w tym momencie samoloty dosłownie na wyciągnięcie ręki. Sentyment i rzeczowe pytania wzbudzały filigranowe samoloty ultralekkie, motolotnie, repliki maszyn zabytkowych, jak choćby nieśmiertelny i wszechobecny RWD-5R o rejestracji SP-LOT czy Curtiss Jenny oraz Taylorcraft Auster. Gdy do Curtissa Jenny podeszli mężczyźni w uniformach żołnierzy trzech armii z I wojny światowej (odgrywali oni swoje role w rekonstrukcji bitwy), miało się wrażenie podróży w czasie. Udało się to na szczęście utrwalić na zdjęciu.

Ciekawe malowanie przedstawiał ultralekki OKA-5 Pelikan. Nie dość, że powstały tylko dwa egzemplarze, to jeszcze malowanie stanowiące drapieżną paszczę z ostrymi kłami wygląda na takim maleństwie i przewrotnie, i zabawnie, a na pewno intrygująco. Wspaniałą gracją też zauroczył zebranych jeden z najładniejszych samolotów tamtego dnia - Pilatus PC-12. Jego srebrno - kolorowa kabina lśniła w słońcu i aż chciało się go dotknąć, był tak imponująco piękny. Dużo skromniejsze były ustawione szybowce spoczywające na trawiastym miejscu postoju, choć też niczym albatrosy z rozłożonymi skrzydłami jakby dopiero spłynęły z nieba. Z ciekawych punktów programu można wymienić jeszcze kameralną konferencją prasową z udziałem nie tylko mediów, ale samej publiczności. Na pytania odpowiadały gwiazdy tego dnia, m.in.: Jerzy Makula, Artur Kielak, grupy akrobacyjne "Żelazny" i "Flying Bulls". Sporym plusem był dostęp do samych maszyn. Nie było problemu, by nie tylko porobić zdjęcia w różnych ujęciach, ale również odbyć pogawędkę z pilotami, nawet tymi najbardziej znanymi. Oczywiście kolejny raz trzeba zauważyć, że najbardziej oblegani byli żołnierze - piloci wojskowych śmigłowców. Dla mniej zainteresowanych samolotami były przewidziane imprezy towarzyszące: zabytki motoryzacji, kramy z pamiątkami, mała gastronomia, występy dzieci na dużej scenie dla kochanych mam. Gwoździem ostrowskiego programu były jednak pokazy dynamiczne. Tu cały swój lotniczy kunszt pokazali wcześniej wspomnieni "Flying Bulls", których "za nos wodzi" po niebie kobieta Radka Machowa, "Żelazny", Artur Kielak, Jurgis Kairys, ponadto w locie zaprezentowały się w starym, niemalże wiek liczącym stylu samoloty zabytkowe. Dreszcz emocji zapewnił swoimi podniebnymi akrobacjami Jerzy Makula. Bez warkotu silnika, do piosenki Adele wykonał popis, który trudno zapomnieć i którego nie można beznamiętnie wspominać. Finezja, klasa, lekkość, piękno, doskonałość - tymi kategoriami można by oddać klimat tego, co pokazał polski, wielokrotny mistrz świata w akrobacji szybowcowej. "Żelaźni" wyznaczyli na niebie, tym razem dla wszystkim mam, potężne serce jako stały popis tej grupy. Oczywiście pokazy indywidualne Kielaka i Kairysa zaprzeczały wręcz prawom fizyki, pozwoliły też zebranym uwierzyć, iż panowanie nad maszyną akrobacyjną to dla pilotów gratka, błahostka. Rzecz jasna to tylko wrażenie, bo jak się przygotowuje do pokazów choćby Artur Kielak, można było podejrzeć przy jego samolocie Extra 330LC. Ruchy jak w pokazie karate albo magicznym tańcu bez muzyki odzwierciedlały każdy ruch samolotu i drążka sterowego. Był to dość osobliwy, ale fascynujący widok. W trakcie trwania festynu zlatywały się prywatne maszyny i rządek samolotów przy barierkach rósł nieustannie.

Naliczyłem na festynie około 70 maszyn, co chyba nie wymaga dodatkowego komentarza. Ludzie wychodzili z pokazów nie tylko z bagażem pamiątkowych zdjęć, ale też uśmiechem i wrażeniami, które, jak wyrażali nadzieję wszyscy, za rok się powtórzą. Wierzymy, że ludzie na co dzień związani z Michałkowem wciąż będą mieli pomysły na takie imprezy, jak ta w Dniu Matki. Wówczas w ciemno można udać się do gościnnej Wielkopolski z pewnością, że zabawa będzie murowana, a zdjęcia kolejny raz najlepsze.

Tekst i zdjęcia Jarosław Kania
62
39