tylko witać turystów tym, co na co
dzień oferuje się w przewodnikach i na stronach internetowych, ale
sposobem na okazałą imprezę mogą stać się chociażby pokazy lotnicze z
oprawą godną najlepszych. Tak właśnie było w Giżycku w ostatni weekend
(6-7 sierpnia). Senne jak na tę porę dnia – wczesny poranek - Giżycko
przywitało mnie spokojem, zielenią i… zupełnym brakiem jakiejkolwiek
wskazówki, jak dojechać do portu, gdzie trzeba było przede wszystkim
odebrać akredytację, ponadto po prostu tam miało być miejsce pokazów. Po
małym błądzeniu wkoło jeziora skrytego za gęstwina parkową w końcu
dotarłem na miejsce. Tu też tylko budujące się kramy z pamiątkami i
jedzeniem informowały o tym, że coś ma się dziać wielkiego za jakiś
czas. Później nastąpiły nieśmiałe próby mikrofonów, ruch aut na
miejskiej plaży wzmógł się, a mnie w końcu udało się znaleźć namiot, w
którym (wedle wcześniejszych zapewnień) miałem odebrać akredytację. I tu
niemiła niespodzianka – okazało się, że akredytacje trzeba odbierać w
pewnym budynku na pewnej ulicy, co prawda niewiele oddalonej od jeziora
Niegocin, ale… Nie tak miało być. Odnosiło się wrażenie, że ludzie będący odpowiedzialni za udzielanie akredytacji nie do końca orientowali się w
tym wszystkim, aż z obawą
myślało się, co będzie później, gdy pojawi się tłum, skoro teraz we
względnym spokoju panują małe zamieszanie i dezinformacja. Na szczęście
nie sprawdziła się słynna maksyma Hitchcocka mówiąca, że dobry film
zaczyna się od trzęsienia ziemi, a później napięcie powinno rosnąć. Tu
było odwrotnie – po porannym chaosie zapanował w końcu ład, a ludzie
odbierali akredytacje już na miejscu, gdy z kolegą poznanym na imprezie w
Płocku pomogłem przewieźć rzecznikowi prasowemu „Mazury Air Show” całe
kartony i inne drobiazgi na plażę miejską. Poznałem kilku nowych ludzi,
nastąpiła wymiana doświadczeń, opowiedziane zostały różne historie,
wyrażone opinie – wszystko to w oczekiwaniu na rozpoczęcie imprezy. W
zamysłach mieliśmy wejść na statek wycieczkowy, który miał dryfować po
jeziorze i wozić nas, akredytowanych oraz VIP-ów. Przez trzy godziny
pływaliśmy po jeziorze, gdy nad nami na giżyckim niebie odbywały się
podniebne popisy najlepszych w swoim fachu. Na pokładzie statku prym wodził Stanisław Tołwiński, prezes Aeroklubu Krainy Jezior. Punkt do fotografowania był świetny – centrum pokazów, trochę problemu było z miejscem, bo w końcu to tylko niewielki statek wycieczkowy, a ludzi dużo, jednak mimo to wszyscy byli spełnieni, jeśli chodzi o wrażenia. Nastrój próbowała popsuć nam pogoda, kilka razy postraszyła drobnym i krótkim deszczem oraz ołowianymi chmurami, ostatecznie jednak tę rozgrywkę wygrało słońce, które z mozołem przebiło się i roziskrzało promieniami pomarszczoną taflę wód Niegocina. Warunki do robienia zdjęć stały się wręcz wymarzone. Na niebie prezentowały się poszczególne zespoły akrobacyjne, wśród nich zaś zwłaszcza „The Flying Bulls”, ponadto: Kauno Aeroklubas, Śląska Grupa Akrobacyjna, „3AT3 Formation Flying Team”, „Biało-Czerwone Iskry”. Soliści również wzbudzili entuzjazm tłumów na plaży, a byli wśród nich: Robert Kowalik, Ireneusz Jesionek i Uwe Zimmerman. Takie samoloty, jak Extra 300, Skybolt 300 czy Extra 200 muzyką swoich silników wywoływały niekłamany zachwyt obserwujących.
Szczególnie widowiskowy był pokaz czeskich „Latających Byków” do poruszającego utworu zespołu „Nightwish” – „Walking in the Air”. Wielu ludzi wie, że taki zestaw muzyki i pokazów na niebie to popisowy numer tej grupy. Dobór piosenki nie tylko dzięki tytułowi jest nieprzypadkowy – i muzyka, i warkot silników czterech
maszyn po prostu
wywołują dreszcze. Gwiazdą pokazów nad jeziorem był jednak unikatowy
wodnosamolot Sikorsky S-38 z okresu międzywojennego; warto dodać, że
model prezentujący się w Giżycku ma na koncie rolę w filmie „Aviator” (5
Oscarów), a poza tym jest jednym z dwóch egzemplarzy na całym świecie.
Pełen wrażeń i zdjęć w aparacie zszedłem na stały ląd, by wkrótce
przejechać na lotnisko Kętrzyn – Wilamowo, a tam uwiecznić starty oraz
wystawę statyczną. Tam zdecydowaną królową pokazu była majestatyczna i
lśniąca w słońcu kolorem czystej stali Dakota Douglas DC-3. Jakby w jej
cieniu stał wspomniany wyżej Sikorsky S-38. Resztę lotniska wypełniały
maszyny mniejsze, głównie pełne uroku i zgrabności samolotu ultralekkie,
wiatrakowce, oczywiście An-2 – obowiązkowy uczestnik wszystkich
niemalże pokazów lotniczych. Był też motoszybowiec, którego sympatyczna
obsługa pozwoliła wejść do środka każdemu, kto miał na to ochotę. To właśnie, co ujmowało podczas pokazów zwłaszcza na lotnisku w Wilamowie, to zwykła, ludzka życzliwość i uśmiech. Dało się odczuć, że zgromadzili się tu ludzie, którzy albo kochają, albo przynajmniej lubią czy mają słabość do latania, samolotów, lotnictwa w ogóle. Piloci chętnie pozowali do zdjęć, opowiadali o swoich zamiłowaniach, wpuszczali do kabin, uśmiechali się i otwartością ujmowali każdego, kto był blisko nich. Roześmiana i beztroska ekipa „The Flying Bulls” odpoczywająca w cieniu swoich maszyn czy Uwe Zimmerman
wyciągnięty pod skrzydłem swojego
Extra 200 to normalny widok – istna sielanka po dużej dawce emocji w
powietrzu. Osobną atrakcją w Wilamowie był zapierający dech w piersiach
pokaz Artura Kielaka. Jego akrobacja i loty koszące podnosiły adrenalinę
każdemu ze zgromadzonych. Po lądowaniu podziękował im uśmiechem i
gestem za owację. W końcu spełniony, ale potwornie zmęczony
(wielogodzinna podróż nocą) wsiadłem do auta, by szczęśliwie powrócić
pod puste niestety niebo rodzinnych stron. Pokazy w Giżycku były w pełni udane, jeśli pominie się niedogodności opisane na początku, te zresztą były tylko przejściowe i nie miały wpływu na dalszą część imprezy. Widzowie głośno wyrażali zadowolenie oraz nadzieję zobaczenia tego samego w przyszłym roku. Okazuje się, że kiedy w Giżycku ludzie pozazdroszczą skrzydeł kormoranom, efekt nie może być inny, jak tylko świetny.
Tekst i zdjęcia Jarosław Kania

















