Wyszukiwarka

Aviateam.pl na Facebook

Moje spotkanie z A380

Kategoria: Lotnictwo cywilne Utworzony: 2011-03-20 Autor: Kania Jarosław

Wieść, iż do Polski ma przylecieć największy liniowiec powietrzny świata, chodziła od jakiegoś czasu nie tylko wśród miłośników lotnictwa. Konkretny termin pojawił się niedawno. Tak więc 19 marca ma być dniem pierwszej wizyty tego kolosa w Polsce. O samym samolocie, jeśli chodzi o jego parametry, osiągi i rozwój nie ma sensu pisać, gdyż dostęp do takich informacji jest prosty i powszechny, jednak relacja świadka i uczestnika wyprawy na spotkania oko w oko z tą piękną bestią to zupełnie coś innego. Po pięciogodzinnej podróży znalazłem się na miejscu. Po drodze, na półtorej godziny do przewidywanego końca jazdy na miejsce docelowe, zaczął sypać śnieg z deszczem. Nastrój spadł do co najwyżej minorowego. Pomyślałem, że dość złośliwy bywa los, skoro pchnął mnie w tak długą podróż i na taką wielką (dosłownie i w przenośni) atrakcję, bym widział ją przez strugi opadów, czyli nie tak, jak sobie bym życzył i ja, i setki spotterów, które oblegną za jakiś czas lotnisko.

Wszystko jednak dobre, co dobrze się kończy. Gęsta śnieżyca ostatecznie minęła, a do Warszawy wjeżdżałem co prawda wciąż w nocnych ciemnościach, ale przy pogodzie dającej nadzieję na udane zdjęcia. Znalazłem ulicę Wieżową, wjechałem tam od strony Raszyna, zaparkowałem obok schroniska dla bezdomnych psów i w sumie poczułem się lekko skonsternowany. Pustkowie dość znaczne, płot z zasiekami, gęste krzewy w zasięgu ręki i asfaltówka w dal, wzdłuż płotu lotniskowego. Wkoło cisza poprzerywana czasem szczekaniem czworonożnych pensjonariuszy czujących obecność obcego gdzieś w pobliżu. Do otwarcia bramki nr 9 pozostało jeszcze półtorej godziny, zatem postanowiłem odbyć rekonesans. Mogę ze stuprocentową pewnością powiedzieć, że byłem pierwszym spotterem oczekującym wejścia na teren płyty lotniska. Na końcu drogi znalazłem bramkę, przez która mieli być wpuszczani ludzie z wejściówkami. Poinformował mnie o tym uprzejmie i spokojnie człowiek ze służby ochrony lotniska mający w tym czasie nocny dyżur. Wcześniej odbyłem dość suchą, mało przyjemną rozmowę z innym stróżem we wcześniejszej bramie (Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej), który udawał, iż nie wie, o co chodzi i w ogóle nie wie o niczym, co ma dziś się na Okęciu dziać. Odniosłem wrażenie, że zakłóciłem mu święty, nocny spokój. Wróciłem do auta i postanowiłem… przespać się, bo czasu, jak wspominałem, było mnóstwo, a noc nieprzespana, w podróży.

Już robiło mi się miękko, gdy po szybach przeleciało światło samochodowych reflektorów i na małym parkingu pojawili się miłośnicy samolotów z Łodzi. Krótka rozmowa  z nimi pozbawiła mnie ochoty na sen. Wkrótce zaczęły pojawiać się inne auta na numerach z całej dosłownie Polski. Z ciszy i miejsca opustoszałego zrobiło się miejsce gwarne i ciasne ze względu na pojawiające się auta. Nadszedł też świt, a wraz z nim coraz bardziej gęstniejący tłum ludzi udających się pod bramę w celu odebrania wejściówek. Wszyscy byli podekscytowani, ale spokojni i uśmiechnięci. Wciąż mimo braku opadów pogoda nikogo nie rozpieszczała. Było mglisto, zmętnienie powietrza wyraźnie dostrzegalne. O szóstej, zgodnie z planem, zaczęła się kontrola i rozdawanie przepustek. Kilku funkcjonariuszy ochrony lotniska życzliwie i spokojnie zaczęło dokonywać kontroli wszystkich zebranych. Standardowe przeszukiwanie, dokładne sprawdzenie wszystkiego, odebranie wejściówek w dwóch różnych egzemplarzach i to było wszystko. Otrzymałem identyfikator sygnowany przez „Lufthansa Polska” z napisem „Gość”. Odesłano nas do autokaru stojącego zaraz za budynkiem, w którym dokonywano kontroli. Wszyscy chętnie tam wchodzili, bo zimno było dotkliwe, a autokar wciąż nagrzewał swoje wnętrze. Dokładnie godzinę i 10 minut przesiedziałem w ciepłym „cobusie 3000”. Tyle trwała kontrola wszystkich, którzy w kolejce znaleźli się za mną, a widocznie musiały ruszyć trzy autokary naraz, a nie każdy oddzielnie. Nastąpiło krótkie omówienie zasad robienia zdjęć i przestrzegania niezbędnych reguł, po czym ruszyliśmy wreszcie i dowieziono nas na krzyżówkę pasów warszawskiego lotniska. Tu już każdy miał wielkie pole do popisu. Startowały i lądowały maszyny według własnych kursów i rozkładów lotów, więc czekanie na giganta z Frankfurtu nad Menem było urozmaicone pomniejszymi przyjemnościami.  Wszyscy jednak w coraz większym napięciu czekali na główną atrakcję dzisiejszego dnia. Słychać było, jak ludzie dzwonią, dowiadują się, szperają w telefonach, prowadzą nasłuch radiowy z wieży kontrolnej. Nawet niektóre żony spotterów, niemające pojęcia o awiacji, z przejęciem pytały: „O której ten boeing [sic] ląduje?” Niektórzy, słysząc tę małą gafę, ironicznie czy dobrodusznie się uśmiechali. W końcu nas oficjalnie poinformowano, z której strony przyleci A380.

O godz. 7.55 napięcie sięgnęło zenitu i od strony Piaseczna zupełnie nie tyle niespodziewanie, co nagle ze względu na mgłę pojawił się SAM ON – „airbus A380-800”. Zszedł niemalże bez hałasu, majestatycznie i na pozór wolniutko, a wśród może 200 osób zgromadzonych w tym miejscu zapadła cisza i tylko setki migawek strzelały jak oszalałe. Wrażenie było niesamowite. Gdy zakołował, nastąpiła wśród ludzi wyraźna ulga, rozprężenie. Z kokpitu wysunęły się polskie flagi, co też nie uszło niczyjej uwagi. Samolot został poddany rutynowym czynnościom lotniskowym o kilkaset metrów od nas. Otaczało go kilka samochodów obsługi lotniska z włączonymi „kogutami” na dachu, co dodawało znaczenia i kolorytu tej wyjątkowej wizycie. Oczywiście przylot tego giganta nie sparaliżował normalnego ruchu lotniczego. Samoloty i lądowały, i startowały, miłośnicy byli w swoim żywiole – robili setki zdjęć, tysiące ujęć wszystkiego, co wznosiło się lub siadało na pasie, zaś w przerwach większość (w tym też ja) wykazywała się wzorową konsekwencją, robiąc wciąż zdjęcia stojącego A380. Nawet się nikt nie obejrzał, a nadeszła pora odlotu. Kolos poruszył się i zaczął leniwie kołować na pas. Znów aparaty fotograficzne wykonały potężną robotę, gdy z klasą należną tej wielkości olbrzymom A380 przejechał przed nami, jakby świadomie pozując do zdjęć setkom zachwyconych nim wielbicieli. Chwilę potrwało, zanim zerwał się do rozbiegu. Ostatni raz wydał dźwięk będący muzyką dla miłośnika latania. Odprowadziły go setki obiektywów prosto w chmury, które niestety wisiały bardzo nisko i brutalnie okryły ”superjumbo” swoją miękką powłoką. To był koniec największych emocji tego dnia. Wszyscy spełnieni, chociaż zziębnięci do szpiku kości schowali się w autokarach. Tą samą drogą wróciliśmy przed budynek kontroli.

Organizatorzy głośno pochwalili nas za dyscyplinę, po czym już każdy udał się w swoją drogę. Wszystko w tym wyjątkowym dniu dopisało poza pogodą, choć ta zapowiadała się na gorszą, niż była podczas przylotu A380. Organizacja na wysokim poziomie, żadnych niedomówień i chaosu, wszystko zaplanowane logicznie i uporządkowane.


Tekst i zdjęcia : Jarosław Kania

52
47