Wyszukiwarka

Aviateam.pl na Facebook

F-16 z Łasku odleciały na TLP do Hiszpanii

Kategoria: Lotnictwo wojskowe Utworzony: 2011-05-03 Autor: Kania Jarosław

2 maja od bladego świtu w 34 Bazie Lotnictwa Taktycznego w Łasku, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, zaczął się spory ruch związany z odprawą samolotów odlatujących do hiszpańskiego Albacete na szkolenie TLP. W jednym z wcześniejszych artykułów można było dowiedzieć się na ten temat więcej.
Przed bramą wjazdową do bazy zebrała się sprawnie i szybko około 30-osobowa grupa akredytowanych miłośników lotnictwa i ekipy realizujące programy reporterskie, m.in. Polsat, TVN24, Polska Agencja Prasowa. Wszystkich równie błyskawicznie uściskiem dłoni przywitał rzecznik prasowy 32 BLT por. Marek Kwiatek. Wyczytał nazwiska wszystkich przybyłych i po potwierdzeniu ich wjechaliśmy na teren bazy. Wszystkich przede wszystkim urzekła nowoczesność i wszechobecnie panujący porządek. Nawierzchnia dróg, budynki, teren wkoło nich, unowocześnienia  – wszystko wręcz pachniało świeżością, co ostatecznie nie powinno dziwić, wszak to najnowsza baza lotnicza w Polsce.

Planowany na godzinę 5.00 odlot C-130 opóźnił się. Pogoda nie rozpieszczała; poza dotkliwym zimnem, dość rzadkim zwłaszcza w ostatnich dniach, niebo było zachmurzone, co dało się zauważyć mimo wczesnych godzin porannych. Światła było niewiele, wilgoć wciskała się wszędzie, ale mimo tych mało sprzyjających warunków do fotografowania nastroje entuzjazmu nie opuszczały nikogo. „Hercules” stał samotnie na płycie, a przy nim w równym czworoboku personel techniczny, który po krótkim czasie wszedł na pokład maszyny. Wszyscy aparatami „obstrzelali” C-130; pozwolono nam nawet wejść na schodki, by uwiecznić wnętrze samolotu, choć już na robienie zdjęć kokpitu pozwolenia nie było. Gdy wszyscy zaspokoili już na początek swój głód fotografowania, C-130 włączył kolejno silniki i zakołował leniwie na start. Przez moment każdy westchnął z rozkoszy, gdy gorące powietrze z pracujących silników owionęło nas na moment w tym zimnym poranku. W końcu po krótkim rozbiegu maszyna znalazła się w powietrzu i zniknęła szybko w chmurach.

Okazało się, że do wylotu F-16 mamy kilka godzin, bo przesunął się on aż na godz. 11.30. Dowódca bazy płk Dariusz Malinowski zaplanował nam jednak czas o tyle atrakcyjnie, by nikt nie nudził się, czekając na najważniejszy moment dnia.

Najpierw udaliśmy się na wieżę kontrolną. Windami lub po schodach dotarliśmy do serca bazy – punktu dowodzenia i kierowania lotami. Oczywiste jest, że zakaz robienia zdjęć był nieodwołalny, jedynie można było fotografować pejzaż lotniska widziany z dość znacznej wysokości na tarasie. Jedynie w pamięci mogły pozostać elektroniczne systemy obserwacji i kontroli nieba, mnóstwo monitorów przekazujących wskazania radarów. Wkrótce opuściliśmy to miejsce naszpikowane elektroniką, by udać się na poranną kawę w domku pilota. Swobodnie można tam było się rozsiąść, przejrzeć fotografie, porozmawiać, wymienić wrażenia i doświadczenia.
Następnie zaproszono nas przed hangar, gdzie potężne wrota przesuwne odkryły przed nami "gwiazdę" dzisiejszego dnia: egzemplarz samolotu F-16 jeszcze w nocnych „pieleszach”, bo z zakrytym wlotem powietrza, który wkrótce zresztą zdjęto, by nie psuć uroku maszyny pozującej w tym momencie do zdjęć. Można było zajrzeć do kabiny, porobić dokładne zbliżenia wszystkich jej elementów.
Czekała nas jeszcze nie lada atrakcja, bo lotniskowe muzeum w plenerze, gdzie zebrano stare, wysłużone maszyny. Stoją tam m.in.: zdekompletowane Mi-24 i MiG-23, ponadto PC-130 Orlik, MiG-29, SBLim-2, TS-11 Iskra, Mi-2. W tym czasie dość niełaskawa pogoda w miarę się ustabilizowała i wszyscy mieli pełne pole do popisu, jeśli chodzi o fotografowanie.

Wróciliśmy do budynków bazy, tym razem zwiedzając pomieszczenie, w którym piloci przygotowują się do lotu, czyli zakładają kombinezony i zaopatrują się w podręczny sprzęt niezbędny w locie. Jeden z reporterów Polsatu dał się nawet ubrać w cały niemalże ekwipunek i mógł poczuć, jak wypełnia się ów ubiór w czasie dużych przeciążeń. Towarzyszyły temu śmiech i żarty z typowo męskiego punktu widzenia, a ponieważ towarzystwo składało się wyłącznie z mężczyzn, można sobie było na to śmiało pozwolić.
Na koniec przed samym udaniem się na start wróciliśmy do budynku bazy, by w sali multimedialnej obejrzeć prezentację dotyczącą możliwości F-16. Dokładne fotografie, schematy i wykresy pozwalały choć w pewnym stopniu zrozumieć wielki potencjał bojowy i technologiczne zaawansowanie maszyn będących na stanie 32 BLT w Łasku. Prelekcję dostępnie przeprowadził sam dowódca bazy płk Malinowski. Odpowiadał też chętnie na pytania zebranych. Dzięki pobytowi w sali mogliśmy być też świadkami bezpośredniej odprawy przed lotem do Hiszpanii. Tzw. briefing odbywał się wyłącznie w języku angielskim, co jest jednym z wymogów NATO. Czterech pilotów słuchało wskazówek i rozkazów dotyczących przelotu przekazanych przez prowadzącego. Cała piątka miała niebawem wsiąść do maszyn i ruszyć na kraniec Europy.

Także my udaliśmy się na pas startowy, by czekać na poderwanie się F-16. Długi spacer po łące lotniskowej miał zaraz zakończyć się obejrzeniem startów i tym samym być końcem naszego pobytu w bazie. Każdy zajął odpowiednie dla siebie stanowisko na trawie – w rzędzie, by nie przeszkadzać koledze znajdującym się dalej. Wkrótce wykołowało pięć maszyn i pierwsza trójka ustawiła się na progu pasa. Na tak długą podróż każdy F-16 obłożony był dodatkowymi zbiornikami paliwa, w tym konforemnymi przy samym kadłubie. Z daleka wyglądały jak przyczajone, gotujące się do skoku drapieżniki.
W końcu zaczęły ruszać do startu pojedynczo. Odbywało się to szybko i sprawnie, zdecydowanie za szybko dla nas tam zebranych, bo takie starty moglibyśmy oglądać dopóty, dopóki nasz słuch nie wytrzymałby tego niewyobrażalnego huku. Staliśmy w rzędzie około 25-30 m od pasa, zatem pole widzenia było wyśmienite. Każdy start zapierał dech w piersiach, co było tylko korzystne przy strzelaniu zdjęć. Samoloty po oderwaniu się od ziemi szybko niknęły w niebie, a zebranym pozostały materiały w aparatach fotograficznych czy kamerach oraz niezatarte wrażenie nieokiełznanej mocy myśliwców, które po niecałych trzech godzinach lotu miały dotrzeć do miejsca przeznaczenia.
Tuż przed podróżą do domów, stojąc przy autach, podziękowaliśmy  rzecznikowi bazy za życzliwe przyjęcie i wkrótce każdy pełen wrażeń ruszył w swoją stronę.

Tekst i zdjęcia Jarosław Kania

48
47