Wyszukiwarka

Aviateam.pl na Facebook

Aeroklubowa gościnność, czyli jak znaleźć sposób na udaną sobotę

Kategoria: Lotnictwo cywilne Utworzony: 2012-03-18 Autor: Kania Jarosław

Marcowa sobota (17 dzień tego miesiąca) od rana zachęciła do poszukiwania sposobu na aktywne spędzenie czasu. Wystarczyło spojrzeć w niebo, dostrzec nieskazitelny błękit dobrze współgrający z perspektywą wolnego czasu, by szybko zapadła decyzja. Przy takiej aurze to muszą być jakieś latające maszyny uchwycone w obiektyw. Wybór nie był trudny -  rodzinne ziemie piszącego ten artykuł. Już dawno nosiłem się z  zamiarem zrobienia takiej wycieczki, tym bardziej teraz nie było problemu z wyborem miejsca docelowego. Byłoby błędem niewykorzystanie nieba  tak rozświetlonego pierwszym rzutem wiosny.

Kujawy zawsze słynęły z gościnności, co i teraz miało się potwierdzić. Jeden telefon do Aeroklubu Włocławskiego rozwiał wszelkie potencjalne wątpliwości co do reszty dnia. Po drugiej stronie łącza spotkałem człowieka pogodnego i życzliwego. Nie było dla niego problemem, że ktoś chce po prostu przybyć, przedstawić się, powiedzieć słowo o wydawnictwie, jakie reprezentuje i połazić po płycie lotniska czy zajrzeć z aparatem w głąb hangaru. Proste zdanie: "Nie ma problemu, zapraszamy" po drugiej stronie słuchawki sprawiło, że już byłem w podróży. Zjawiłem się w południe na zalanym słońcu EPWK i od razu, niezatrzymywany niepotrzebnie, bez jakichkolwiek biurokratycznych, formalnych przeszkód znalazłem się na terenie aeroklubu. Spokój i cisza; weekendowy, błogi bezruch - te słowa cisną się na usta, jeśli mamy na myśli pierwsze wrażenie. Pracownicy aeroklubu napotkani po drodze w kilku prostych słowach wyrazili to, że dają mi wolną rękę, bym swobodnie mógł wykonywać tę przyjemną pracę, jaką stanowi uwiecznianie maszyn na zdjęciach. Ujęło mnie praktyczne, nieskomplikowane podejście do rzeczy ludzi będących gospodarzami obiektu - "Skoro trzy godziny wcześniej się umawiał, niech robi swoje, my swoje".
I tym sposobem właśnie ja przemieszczałem się po płycie i zaglądałem do hangaru, gdzie ciasno ustawione były różne maszyny latające znane choćby z pikniku lotniczego w Watorowie, zaś pracownicy aeroklubu remontowali silniki w samolotach ultralekkich, nie zwracając na mnie uwagi. Jeszcze przed wyjściem z lotniska podszedł do mnie młody człowiek mniej więcej w moim wieku, może ciut młodszy, przedstawił się i zapytał, jaki będzie efekt mojego fotografowania. Po wymianie kilku zdań okazało się, że ów mężczyzna zna nie tylko naszą stronę internetową, ale również dokonania w kwestii fotografii lotniczej, ponadto nieobce były mu nawet nazwiska i zdjęcia członków AVIATEAM. Skwitowałem to szczerym uśmiechem; po raz kolejny się okazało, że - jak mówi kolokwializm - swój swojego wywącha wszędzie.

Po wyczerpującej sesji na płycie i w hangarze (słońce w jednym dniu chyba starało się nadrobić tysiąc spóźnionych wiosen) przyszedł czas na pożegnanie przyjaznego EPWK. Po drodze, zanim opuściłem teren aeroklubu, uwieczniłem jeszcze dwa pomniki lotnicze. Już za chwilę jechałem w stronę Płocka z doświadczeniem dobrej, ludzkiej gościnności ludzi z Aeroklubu Włocławskiego. Droga była niedługa i wkrótce, pomny czasu spędzonego na pikniku płockim w czerwcu, trafiłem do Aeroklubu Ziemi Mazowieckiej. Tu zastała mnie wymowna pustka. Było późne popołudnie nie spodziewałem się cudów, czyli rzędu samolotów wystawionych przed hangarem. Przed siedzibą aeroklubu spotkałem za to dwóch panów, którzy w kilku rzeczowych słowach wyjaśnili mi obecną sytuację, przy okazji zapraszając na inny dzień, gdy będzie ruch zwłaszcza na płycie czy w powietrzu. Wspomnieliśmy również w rozmowie zeszłoroczne, czerwcowe święto lotnictwa w Płocku. Skoro jednak tu przyjechałem, to warto byłoby mieć coś w aparacie mimo pozornej pustki. Piszę, że pozornej, bo po rozejrzeniu się mój wzrok przykuł smaczny, ale nieosiągalny z tej pozycji kąsek błyszczący w lekko chylącym się ku zachodowi słońcu Eurocopter EC-135 Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Nijak nie mogłem podejść skutecznie, by był efekt zdjęciowy helikopter stał na terenie LPR-u oddzielony ode mnie płotem, chaszczami. Gdy próbowałem się przez nie przedrzeć, spod stóp dosłownie pierzchły mi wypłoszone dwie przepiórki. Powiedziałem sobie za Żeromskim, że uciekła mi przepióreczka, ale EC-135 nadal stoi w swoim miejscu i trzeba go koniecznie "obstrzelać". W końcu zrobiłem rzecz najprostszą - po prostu zadzwoniłem przy bramie i spytałem, czy mogę porobić zdjęcia. Pilot dyżurujący otworzył mi bramę i pozwolił zbliżyć się na tyle, by swobodnie robić fotki. Migawka strzelała, a pilot rozmawiał ze mną, opowiadał o dzisiejszej służbie, dwóch wylotach do rannych w wypadkach. Trwało to kilka minut, po czym nastąpił uścisk dłoni i zwykłe "dziękuję" bez dodatkowych, zbędnych słów. Znów spotkałem człowieka, który zdrowo i przychylnie podszedł do tego, co robiłem i co chciałem zatrzymać na dłużej niż chwilę.

Podczas drogi powrotnej stwierdziłem, że dzień był niezwykle udany; rozważałem też pewien fenomen, że realizując swoją pasję, spotyka się ludzi ułatwiających życie  w tym momencie. Bez względu na to, czy jest się pilotem siedzącym za sterami, czy kimś tylko i aż zafascynowanym lotnictwem choćby dzięki fotografii i sentymentowi do maszyn latających, wszystkich tych ludzi łączy jedna miłość: zdobywanie nieba na różne sposoby.

Tekst i zdjęcia: Jarosław Kania